W poniedziałek w południe władze Warszawy otworzą oferty w przetargu na budowę centralnego odcinka metra w stolicy. To największa inwestycja w historii polskich samorządów. Zakres i wartość prac można porównać np. z budową 90-kilometrowego odcinka autostrady A2 z Łodzi do Warszawy.

Na wybudowanie siedmiu stacji i 8 km torów pod ścisłym centrum miasta, a częściowo biegnących pod dnem Wisły, stolica zarezerwowała w budżecie 3,8 mld zł. Realizacją inwestycji zainteresowanych jest kilkanaście firm z Europy, Ameryki Północnej i Azji.

Warszawski ratusz liczy na cenową powtórkę z ubiegłej środy, gdy okazało się, że najtańsza oferta na wybudowanie 800-metrowej przeprawy przez Wisłę wynosi 978 mln zł i jest niemal o 200 mln zł niższa od kwoty zarezerwowanej w budżecie miasta. W połowie 2006 r. koncerny żądały za wybudowanie tego samego mostu od 1,6 mld zł do 1,8 mld zł, więc przetarg unieważniono.

- Dla finansów miasta byłoby korzystne, gdyby oferty zeszły poniżej zarezerwowanych na ten cel pieniędzy - mówi Jacek Wojciechowicz, wiceprezydent stolicy, odpowiedzialny za inwestycje.

Gdyby w przetargu na metro firmy zeszły z ceny tak jak w przypadku mostu, w kasie miasta zostałoby ok. 600 mln zł. Na tyle wyceniono budowę innego mostu, z którego zaciskająca pasa Warszawa musiała zrezygnować.

Niskie oferty są bardzo prawdopodobne, bo spowolnienie gospodarcze zmusiło firmy budowlane do poszukiwania pewnych kontraktów, a do takich należą inwestycje infrastrukturalne. A jeszcze zaledwie w czerwcu ubiegłego roku władze Warszawy musiały unieważnić pierwszy przetarg na metro, bo oferty złożone przez niemieckie i hiszpańskie koncerny sięgnęły 6 mld zł przy szacowanych kosztach 2,8 mld zł.

- Możemy schodzić z ceny, ponieważ podwykonawcy już nie żądają astronomicznych wynagrodzeń jak kilka miesięcy temu - przyznaje Konrad Jaskóła, prezes Polimeksu-Mostostal. Inny powód to niższe koszty transportu i materiałów budowlanych.

Firmy inaczej także kalkulują teraz poziom oceny ryzyka dla inwestycji i nie doliczają już tak chętnie do ceny ewentualnych kosztów dodatkowych, np. potencjalnych kar za opóźnienie prac. - Rezygnujemy z tego, bo niemal 100 proc. polskich przetargów rozstrzyga najniższa cena. Nie warto ryzykować utraty intratnego zlecenia - tłumaczy prezes Jaskóła.

Przedsiębiorcy nie muszą też wliczać do ceny rosnących lawinowo w ostatnich latach kosztów pracy.