W ubiegłym roku dochody gospodarstw domowych w przeliczeniu na osobę zwiększyły się realnie o 6,3 proc. Dzięki temu bogaceniu się, od co najmniej 2000 r., obserwujemy narastający trend ewolucji naszych jadłospisów. Systematycznie spada konsumpcja podstawowych artykułów żywnościowych. W 2017 r. mniej jedliśmy ryb i owoców morza (o 9,4 proc.), ziemniaków (o 9,2 proc.), cukru (o 7,9 proc.), masła (o 7,1 proc.), pieczywa (o 6 proc.), warzyw (o 4,1 proc.) i mięsa (o 0,8 proc.).

– Ten spadek to efekt wzrostu naszej zamożności. Bo duża konsumpcja charakterystyczna jest dla społeczeństw biednych – ocenia prof. Krystyna Świetlik z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Dzięki temu, że więcej zarabiamy, kupujemy w mniejszych ilościach, ale produkty wyższej jakości i wysoko przetworzone – przekonuje Świetlik. To urozmaica naszą dietę i oszczędza czas na przygotowywanie posiłków.

Grubsze portfele pozwalają na żywienie się poza domem, dlatego mniej jedzenia gromadzimy w swoich lodówkach. Wprawdzie nie ma jeszcze danych za 2017 r., ale w pięciu poprzednich latach sprzedaż detaliczna w placówkach gastronomicznych wzrosła o 45 proc., do ponad 35 mld zł w 2016 r. Zapracowani Polacy przed wyjściem do pracy nie przygotowują już tak często sami kanapek. Chętnie kupują je od firm cateringowych, które dostarczają im je na biurko.

– Spadek konsumpcji żywności może wynikać także z tego, że rodziny ograniczyły jej marnotrawstwo – uważa prof. Świetlik. Bardziej racjonalnie niż dawniej podchodzimy do zakupów żywności, jej wykorzystania i sposobu przechowywania.

Ponadto żywność drożeje. W ubiegłym roku jej ceny wzrosły średnio o 4,6 proc. – z czego ceny masła o 31 proc., jajek o 12,9 proc., mięsa wieprzowego o 8,6 proc., a owoców o 8 proc. To także powściąga naszą chęć do robienia zakupów. ©℗