Piątkowa sesja rozpoczęła się od wzrostów. Nie było to jednak wynikiem siły popytu, a jedynie biernością podaży połączoną z optymizmem po amerykańskich wzrostach i rosnącymi indeksami w Europie. Mały kapitał i mały obrót pozwoliły na szybki wzrost WIG20 o 1,5 procent. To było jednak wszystko na co byki mogły liczyć.

Przedpołudniowe maksima nie utrzymały się długo i wraz z upływem czasu indeksy rozpoczęły powolne osuwanie. Trudno doszukiwać się konsekwencji tych wydarzeń w danych makro, które potwierdziły, że gospodarka strefy euro w ostatnim kwartale minionego roku skurczyła się o 1,5 proc. 

Europejczycy wciąż wolą pasjonować się gospodarką amerykańską, więc reakcja nie była znacząca. Z krajowych danych publikowano jedynie inflację, która w Polsce wyniosła 3,1 proc. i była zgodna z oczekiwaniami. To dość wysoka wartość w porównaniu z krajami zachodnimi, ale obecnie ustalając stopy procentowe czy deficyty budżetowe nikt nie patrzy na inflacje wychodząc z założenia, że jest to problem zdecydowanie marginalny.

Z porannego wzrostu do końca sesji nic nie zostało. Końcówka to nudne krążenie wokół czwartkowego zamknięcia z kontraktami notowanymi znacznie poniżej strefy 1500 punktów.