Problemem może być zwłaszcza spadek cen nieruchomości, które w wielu przypadkach stanowią zabezpieczenie kredytów. Oznacza to realny spadek tych ostatnich. Czy zatem wkrótce do kredytobiorców zapukają banki z prośbą o dodatkowe zabezpieczenia? – Wielu klientów nie zwraca na to uwagi, ale w umowach banki zastrzegają sobie takie prawo – ocenia Adam Dawidowicz, doradca kredytowy Gold Finance.

Eksperci takiej sytuacji nie wykluczają. – Dopóki nie będzie masowej utraty płynności przez Polaków, co może być spowodowane pogorszeniem się sytuacji na rynku pracy, dopóty ten problem wydaje się teoretyczny – mówi Aleksandra Łukasiewicz, dyrektor ds. produktów bankowych Open Finance.

Spać spokojnie mogą ci, którzy wywiązują się ze swoich zobowiązań. – Nie sądzę, by banki żądały dodatkowych zabezpieczeń od tych klientów, którzy spłacają swoje raty– twierdzi Dawidowicz.

Adam Mielczarek: Wartość kredytów walutowych rośnie, ceny nieruchomości spadają. Od jakiego poziomu banki faktycznie poczują, że ich pieniądze są coraz gorzej zabezpieczone?

Jakub Kłoczewski, dyrektor w Invest-Banku: Do momentu, gdy nie pojawia się wyraźny sygnał, że wartość zabezpieczenia jest znacząco niewystarczająca, banki nie będą interweniować. Nie chcą po prostu wywoływać efektu domina czy innych panicznych ruchów. W tej chwili banki głośno o tym nie mówią, ale ten rozdźwięk już jest. I one też liczą, że frank czy euro zaczną spadać. Ale sztywnych zasad nie ma, bo kwestia tych rozwierających się nożyc jest płynna i każdy bank postępuje zgodnie z własnymi wytycznymi.

Rozumiem, że już się o tym problemie mówi, tyle że nie na głos?

Mówi się w kuluarach, ale to już nie są akademickie rozważania teoretyczne, lecz próba ogarnięcia ogromu problemu. Jak frank traci po kilka groszy dziennie, a na przestrzeni kilku miesięcy kilkadziesiąt procent, to nie można tego nie zauważać. Nerwowość tych dyskusji ujawnia się już dziś, choć nikt do tego się nie przyznaje. Gdyby ta deprecjacja złotego była powolna, to ludzie i instytucje finansowe stopniowo by się do tego przyzwyczajały. Ale tu jest zmiana szokowa. Szczęśliwie w polskich realiach nie mamy do czynienia z problemem kredytów typu subprime, jak to było w USA.

A co się dzieje, gdy bank wzywa do zwiększenia zabezpieczenia lub ubezpieczenia kredytu, a pożyczkobiorca mówi: nie mam z czego dać?

Zaczyna się robić nieprzyjemnie od tak zwanej windykacji miękkiej. Banki stosują ją do 90 dni. Pamiętajmy, że bank nie chce mieć tego mieszkania, bo to tylko problem. On woli gotówkę, więc tak długo, jak się da, będzie przypominał o spłacie. Dopiero po tym etapie zacznie się autentyczna windykacja, łącznie z przejmowaniem mieszkań. W ostateczności możemy mieć do czynienia z taką sytuacją jak w USA.

A co z rezerwami na potencjalne straty banków, bo przecież nie wszystko da się zwindykować?

W Polsce to jeszcze nie jest problem, ale faktycznie wkrótce mogą się pojawić autentyczne straty z tego tytułu. Zgodnie z wytycznymi systemu Bazylea II kredyt niespłacany do trzech miesięcy nie jest jeszcze liczony jako strata, a tylko pilnie obserwowany. Od 90 do 180 dni zaległości oznacza konieczność utworzenia rezerw na połowę jego wartości, a powyżej pół roku – na wszystko.

Adrian Prusik, Adam Mielczarek

Więcej w dzienniku.pl