Bieda i bogactwo.

Bieda i bogactwo.

źródło: ShutterStock

Mark Twain nie uważał się za pisarza z powołania. Od dziecka jego marzeniem było stać się bogatym. A, że akurat za pisanie chciano mu nieźle płacić, to starał się wywiązywać ze swoich obowiązków. Jak pisze Alan Pell Crawford (polski tytuł książki to „Jak nie zostać bogaczem: finansowe nieszczęścia Marka Twaina”), rodzice Twaina nie byli zamożni. Jego ojciec John Clemens imał się różnych zajęć – był m.in. prawnikiem i sklepikarzem – ale doszedł do wniosku, że zwykłą pracą nie zapewni rodzinie odpowiedniego standardu życia. Przed śmiercią w 1847 r. (Twain miał wówczas 11 lat) przeznaczył całe oszczędności na spekulacyjny zakup dużej ilości ziemi w hrabstwie Fentress w stanie Tennessee. W sumie miał nabył między 14 tys. a 30 tys. ha ziemi (trudno to stwierdzić, bo sama rodzina Twaina nie była w stanie rozeznać się w dokumentach) i zapłacił za nie równowartość dzisiejszych 11 tys. dol., czyli ok. 38 tys. zł. Przed śmiercią polecił dzieciom, by nie sprzedawały ziemi dopóki cena nie będzie odpowiednia. Jeżeli tylko będą cierpliwi, mieli stać się bogaci. „Cokolwiek się stanie ze mną, moi spadkobiercy są bezpieczni. Nie dożyję chwili, gdy te hektary zamienią się w srebro i złoto, ale moje dzieci tak” – miał powiedzieć tata legendarnego pisarza.

Lata mijały, a ziemia nie zyskiwała skokowo na wartości. Młody Twain musiał wziąć się zatem do pracy. A ponieważ jego umiejętności pisarskie zostały szybko zauważone, w lipcu 1862 r. gazeta z Virginia City „Territorial Enterprise” zaoferowała mu regularną pensję ze teksty – 25 dolarów tygodniowo, warte dziś 629 dol. (miesięcznie dawałoby to równowartość dzisiejszych 9000 zł). Całkiem nieźle jak na połowę XIX w.).

Najciekawsze jest jednak to, że głównym źródłem utrzymania Twaina w tym okresie nie była pensja. Otóż jako dziennikarz przyszły autor „Przygód Tomka Sawyera” pisał o sytuacji spółek wydobywczych. Spekulanci szybko zorientowali się, że artykuły Twaina miały wpływ na kurs akcji firm i dawali mu udziały w spółkach w nadziei, że będzie miał motywację, by pisać teksty podnoszące wartość swoich akcji.

Pisarz nie kłamał w swoich tekstach, po prostu nie pisał całej prawdy. Nawet w najgorszej firmie można było znaleźć aspekty warte pochwały. „Kiedy w kopalni nie było już złoża chwaliliśmy tunele, mówiliśmy, że to najbardziej oszałamiające tunele w kraju. Pisaliśmy i pisaliśmy o tunelach aż skończyły nam się przymiotniki, ale o złożu nie pisnęliśmy ani słowa” – wspominał później.

W niedługim czasie zgromadził tyle akcji, że całkowicie zrezygnował z pracy w gazecie, przeniósł się do San Francisco i zaczął żyć z dywidend. Mieszkał wówczas w najlepszym hotelu, kupował najdroższe ubrania i żył jak prawdziwy bogacz. Ale sielanka nie trwała długo. Rynek zorientował się, że ceny walorów zostały sztucznie zawyżone i doszło do krachu. „Moje akcje nie były warte papieru, na którym je wydrukowano” – podsumował to doświadczenie autor.

Pozbawiony wszystkich oszczędności Twain musiał wrócić do pracy. Ale nie przestawał wierzyć, że jego przeznaczeniem jest być bardzo zamożnym człowiekiem. Zapowiadał nawet, że nie ożeni się dopóki nie będzie na tyle bogaty, by zapewnić swojej żonie tylu służących, by mogła być jego partnerką a nie kucharką i pokojówką.

I znów szczęście uśmiechnęło się do młodego pisarza. Otóż od pierwszego spojrzenia na fotografię zakochał się w Olivii Langdon, córce bogatego biznesmena Jervisa Langdona (należały do niego m.in. kopalnie i linie kolejowe). Według ówczesnych standardów Twain nie był dobrą partiąą dla córki milionera. Nie miał ani pieniędzy, ani pozycji społecznej, ani wykształcenia (nie ukończył nawet szkoły podstawowej, bo wybłagał matkę, by go z niej wypisała).

Ale nadrabiał inteligencją na tyle skutecznie, że po kilku randkach przekonał Olivię, by przejęła jego oświadczyny. Małżeństwo zdecydowanie poprawiło sytuację pisarza (teść pożyczył mu równowartość wpółczesnego 1,6 mln zł, by kupił sobie udziały w gazecie „Buffalo Daily Express”). Trzeba też przyznać, że po ślubie kariera pisarska Twaina nabrała tempa i tantiemy jakie otrzymywał z książek zaczęły istotnie uzupełniać dochody z majątku żony (to w tym okresie zbudował dom z dwudziestoma pięcioma pokojami, który w 1877 r. wyceniono na równowartość dzisiejszego 1,42 mln dol.).

Wtedy to Twain postanowił zrealizować swoje marzenie i zostać biznesmenem i inwestorem. Najpierw założył wydawnictwo Charles L. Webster&Company (nazwa pochodziła od nazwiska jego siostrzeńca, który zarządzał spółką). Oczywiście wydawał w nim własne książki, ale nie tylko.

Jedną z pierwszych jego decyzji było kupienie praw do pamiętników byłego prezydenta USA Ulyssesa S. Granta (pełnił tę funkcję w latach 1869 – 1877). I od razu okazało się, że pisarz nie zna się na prowadzeniu biznesu. Standardem na rynku było wówczas (i jest dzisiaj) zaoferowanie autorowi książki 10 proc. z przychodów wydawnictwa ze sprzedaży książki (czyli ok. 5 proc. od ceny okładkowej). Tymczasem Twain dał prezydentowi 70 proc. zysków z publikacji. Paradoksalnie, książka okazała się być olbrzymim sukcesem i zarówno on, jak i Grant dobrze na niej zarobili (Twain równowartość dzisiejszych 4 mln dol., rodzina prezydenta – 8 mln dol.).

Sukces uderzył pisarzowi do głowy. „Wygląda na to, że czegokolwiek się dotknę, zmienia się w złoto” – skomentował wówczas. Ale kolejne książki nie sprzedawały się już tak dobrze. Autobiografia papieża Leona XIII znalazła ledwie dwustu miłośników. Pogrążyła go także decyzja o zainwestowaniu równowartości dzisiejszych 8 mln dol. w maszynę do składania tekstu Jamesa Paige`a, która miała zastąpić pracę zecera (osoby, która układała czcionkę i inne elementy tekstu do druku), a która nie odniosła sukcesu rynkowego.

To tylko drobny fragment finansowych przygód poczytnego autora, które czyta się lepiej niż jego – skądinąd doskonałe – książki. A czyta się lepiej chociażby dlatego, że to prawdziwa historia, która jest jednocześnie świetną opowieścią i lekcją roztropności w wydawaniu i inwestowaniu pieniędzy. Nic tak bowiem nie daje do myślenia jak widok inteligentnych ludzi trwoniących fortuny, co pozwala wnioskować, że nikt nie jest odporny na pułapki kapitalistycznej gospodarki.

Aby dodatkowo zachęcić do sięgnięcia po tę pozycję dodam, że kiedy Mark Twain zmarł w 1910 r. jego majątek oszacowano na równowartość dzisiejszych 11 mln dol., tak więc bankructwo, które musiał ogłosić jak 49-latek był początkiem dobrych zmian w jego finansach osobistych.

A ziemia, którą kupił ojciec? Cóż, nie pomylił się – wystarczyło cierpliwie, choć długo zaczekać. Autor książki szacuje, że grunty kupione za grosze w pierwszej połowie XIX w. są dziś warte 74 mln dolarów.

Autor recenzji: Aleksander Piński