To nie jest tylko obrazowa metafora. Tylko wynik badań Martina Ravalliona i Juana Margitica (Uniwersytet Georgetown) oraz Dana Jolliffe’go (Bank Światowy). Postanowili oni dokonać szczegółowych pomiarów tzw. podłogi. „Podłoga” to w ich terminologii niższa klasa niższa. To absolutnie najbiedniejsi mieszkańcy najpotężniejszej (amerykańskiej) gospodarki świata. Antypody osławionego 1 proc. najbogatszych, którym w takich krajach jak Stany Zjednoczone powodzi się w ostatnich dekadach doskonale.

Aby pokazać stan amerykańskiej „podłogi”, ekonomiści musieli sięgnąć głębiej niż tradycyjne badania statystyczne oparte na metodzie granicy ubóstwa. Skupić się na ludziach, których problemem jest na przykład sezonowość przyzwoitego zatrudnienia. Przez jakiś czas zarabiają nieźle, ale potem pojawia się konieczność życia pod kreską, bieda i wiązanie końca z końcem pożyczkami. Plus związane z tym choroby, które często wciągają najbiedniejszych w spiralę długu. Słowem, Ravallion, Margitic i Jolliffe zaglądają tam, gdzie przygniatająca większość Ameryki nie zagląda nigdy. A jak jest zmuszona zajrzeć przypadkiem, to mocniej wciska pedał gazu w samochodzie albo zwyczajnie odwraca wzrok.

Co tam widać? W 2015 r. amerykańska „podłoga” żyła na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Ten próg to w przypadku czteroosobowej amerykańskiej rodziny (dwoje dorosłych plus dwoje dzieci) dochód na poziomie 16,5 dol. na osobę dziennie. Wychodzi więc, że „podłoga” w USA musi przetrwać za 5,89 dol. na osobę dziennie. A gdyby nie rządowy program tzw. food stamps (obejmujące ok. 14 proc. amerykańskiej populacji subwencje żywnościowe) ten dochód spadłby do 5,40 dol. Następnie Ravallion i inni spojrzeli na dochody „podłogi” w ujęciu historycznym. Okazało się, że trzy dekady wcześniej było z nią trochę lepiej. W 1988 r. utrzymywała się ona („podłoga”) za jakieś 45 proc. granicy ubóstwa. Wychodzi więc, że z roku na rok warunki jej życia spadały średnio o jakieś 1,3 proc. W ujęciu rzeczywistym najgorsze były clintonowskie lata 1996–2001 ‒ druga kadencja prezydenta demokratów ‒ gdy ci zajmowali się głównie polityką antyrobinhoodowską. Odbierali biednym i dawali bogatym.

Aby dopełnić obrazu całości, spójrzmy na historyczne dochody przedstawicieli „podłogi”, środka i mieszkańców penthouse’ów. Próbka jest znów ta sama. Chodzi o lata 1988–2016. „Podłoga”? Już mówiliśmy, że gnije i zaczyna się zapadać (dochody na poziomie 5–6 dol., licząc w walucie z 2010 r.). Środkowe piętra to ludzie z płacą średnią oraz medianą zarobków. Tu dochody falują lekko w zależności od wiatrów koniunktury. Prawdziwe cuda dzieją się jednak na dochodowych szczytach. Górny 1 proc. zalicza niesamowity skok z 300 do ponad 400 dol. dziennie. Górne 5 proc. wspina się zaś ze 180 do 210 dol. Oto jak społeczeństwo najbogatszej i najpotężniejszej światowej demokracji rozjeżdża się w warunkach neoliberalnej rewolucji.

Jaki z tego morał? Jest więcej niż jeden. Ravallion i spółka zwracają szczególną uwagę na pewną narrację. Jeśli ktoś szuka dowodów na to, że liberalna metafora przypływu podnoszącego wszystkie łodzie nie działa, to może śmiało, jeden do jednego, przekleić sobie opowieść o losach amerykańskiej „podłogi”. Bo gospodarcza prosperity przełomu XX i XXI w. podniosła łodzie tych na górze (i to bardzo). Tym na dole zaś obniżyła (i to też odczuwalnie). Krótko mówiąc – rynek tak się skupił na budowie przestronnych tarasów, że nie zadbał o solidne fundamenty konstrukcji. A teraz proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, co się stanie z budynkiem, któremu na potęgę zgniła podłoga? 

Dochody i konsumpcja, popyt i wzrost cen? To już koniec prostych zależności gospodarczych