Obawy inwestorów przed załamaniem się gospodarek Rumunii, Ukrainy i krajów bałtyckich zmusiły globalnych graczy do panicznej wyprzedaży aktywów z tego regionu. Okazało się, że problemy naszego regionu są problemem naszej giełdy. Oprócz rynku kapitałowego wyprzedaż objęła również rynek obligacji oraz regionalne waluty.

Liderem spadków na GPW okazał się znów sektor bankowy. Sektor ten ze względu na swoją wagę w WIG20 był głównym winowajcą obsunięcia się indeksu na nowe minima. Powodem panicznej wyprzedaży banków przez inwestorów były obawy o kondycję krajowych banków, ich zagranicznych właścicieli oraz negatywny sentyment do sektora na świecie związany z brakiem wiary w szybkie polepszenie się wyników światowego sektora finansowego.

Ratunkiem dla naszej giełdy i złotego mogłoby być pozytywne zachowanie indeksów amerykańskich. Jednak po poniedziałkowej przerwie, ze względu na święto za oceanem, znalazły się one na najniższych poziomach w tym roku. Indeks S&P500 wciąż balansuje na niebezpiecznej granicy dołka internetowej bessy z lat 2000-2002 - 750-800 pkt. Walka o utrzymanie tej rubieży obronnej trwa od października, a to oznacza, że w przypadku jego przełamania siła i dynamika rynku będą znaczne.

Zdecydowane i potwierdzone przełamanie poziomu 750-800 pkt oznaczałoby zamknięcie długoterminowej formacji podwójnego szczytu na indeksie S&P500 i silny spadek indeksu w okolice 500 pkt, tj. o około 35 proc. Do zanegowania formacji indeks S&P500 musiałby trwale wyjść ponad poziom 900 pkt. Nadzieją na powrót powyżej 900 pkt byłaby szybka poprawa kondycji amerykańskiego sektora bankowego, ponieważ posiada on znaczny udział przy obliczaniu S&P500, ale na to na razie nie pozwalają fundamenty tego sektora.

Spełnienie się czarnego scenariusza za oceanem oczywiście przełoży się na silne spadki na naszej giełdzie. WIG20 może spaść w okolice 1000-1100 pkt, znosząc tym samym całą hossę z lat 2003-2007.

Warto więc poczekać z decyzjami inwestycyjnymi do czasu wyklarowania się sytuacji na globalnym rynku kapitałowym.