- Możemy spodziewać się deprecjacji rupii - stwierdza K. Ramanathan, menedżer ING Investment Management w Bombaju. – Eksport się kurczy, kapitał nie napływa. Jedyna nadzieja w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych, ale że wzrosną, wątpię - podkreśla.

W latach 20010-2003 Indie otrzymywały średnio po 10 mld dolarów inwestycji rocznie. Na koniec ub. roku osiągnęły poziom 108 mld dolarów, a wśród inwestorów znalazły się koncerny GM i Royal Dutch Shell, co zapewniło wzrost 9,3 proc. Teraz zdecydowanie spadły.

Rząd widzi ratunek w długu wewnętrznym

Rząd chcąc się zabezpieczyć na przyszłość, zwiększył zadłużenia kraju o 3,62 bln rupii czyli 74 mld dolarów. 

Rząd premiera Manmohana Singha pożycza coraz więcej, by rozruszać słabnącą gospodarkę. Wzrost w tym roku finansowym (kończącym się w marcu) powinien wynieść 7,1 proc. i będzie najsłabszy w ostatnich 6 latach. Premier w trosce o wynik wyborów, które odbędą się w maju br., już ogłosił 21 proc. podwyżki dla 5 mln urzędników państwowych i pomoc w wysokości 17 mld dolarów dla chłopów. 

Wydatki w następnym roku finansowym zaczynającym się 1 kwietnia skoczą o 6 proc. - do 9,35 bln rupii. Zwiększy to jednak deficyt budżetowy do 5,5 proc. PKB w 2010 r., choć cel zakładał 3 proc. - Tak wielkie zadłużanie się na koniec finansowego 2010 r. może doprowadzić do kłopotów z kredytowaniem - ostrzega Tushar Poddar, ekonomista Goldman Sachs z Bombaju. Władze centralne jednak się nie przejmują, bo czeka je sporo wydatków.

Brak pakietu stymulującego

Pozarządowi ekonomiści przewidują w tym roku co najwyżej 6 proc. wzrostu, a analitycy Citigroup tylko 5,5 proc. Zarzucają rządzącej ekipie z ramienia Partii Kongresowej, że nie stworzyła podobnie wielkich pakietów stymulujących słabnącą gospodarkę, jak Chiny czy Australia. 

Zwłaszcza, że produkcja przemysłowa już w grudni skurczyła się o 2 proc. w efekcie światowego spowolnienia. Był to najwyższy spadek w ostatnich 15 latach. Jeszcze niedawno przemysł rozwijał się w tempie 13,5 proc. rocznie. 

Teraz Indie muszą o tym zapomnieć. W ostatnim kwartale 2008 r. pracę straciło ponad pół mln ludzi, głównie w proeksportowych branżach, podało ministerstwo pracy. Jeszcze więcej straci w tym kwartale. Bezrobocie może na koniec roku dojść do 10 mln. Niewiele, jak na zamieszkały przez ponad 1 mld ludzi kraj.

Znoszą kryzys lepiej niż inni 

Mimo to Indie są postrzegane, jako kraj o wiele lepiej znoszący kryzys niż inne rynki wschodzące. Bezrobociem nikt się specjalnie nad Gangesem nie przejmuje. Hindusi dobrze wiedzą, że w razie czego powrócą, podobnie jak w Chinach, na wieś. Z głodu nie umrą.

Subir Gokarn, gł. ekonomista ds. Azji w agencji Standard & Poor,s uważa, że negatywne skutki kryzysu będą w wielkim kraju odczuwane selektywnie. Zapaść dosięgnie np. produkcję tekstyliów i aut oraz firmy, które przedobrzyły z rozwojem – W skali makro będzie to o wiele mniej groźne niż w skali mikro - dodaje.

Niemniej bezpośrednie związki z gospodarka USA, które zapewniały sektorowi usług na zewnątrz szczególnie uprzywilejowaną pozycję, będą dotkliwie odczuwane w krótkim okresie. – Outsourcing w branży IT jest w tej chwili pod wielką presją. Jej kluczowi klienci albo padli, albo padną. Odbudowa gospodarki amerykańskiej zależeć będzie w dużej mierze od polityki prezydenta Obamy. Miesiąc miodowy z Indiami raczej się skończy - mówi Gokarn.

Cień wyborów

Jak sytuacja gospodarcza odbije się na kampanii wyborczej trudno powiedzieć. W Indiach gospodarka na równi z bezpieczeństwem narodowym zawsze odgrywały kluczową rolę. Tym razem może być inaczej. 

Inflacja w tym roku spadła o połowę z 12 proc. w 2008 r., gdy ceny żywności i paliw wróciły do równowagi. Wybory w poszczególnych stanach w listopadzie dowiodły, że problemy ogólnonarodowe przegrały z lokalnymi potrzebami: zaopatrzenie w wodę, prąd czy stanem dróg. Na ich rozbudowę rząd w Delhi nie będzie żałował. Stąd zadłużanie, by prowadzić inwestycje w infrastrukturę.