Zamiast jednak rozpoczynać tyradę przeciwko Sarkozy'emu, chciałbym zwrócić uwagę na coś, czego się tak od razu nie dostrzega: że jego wypowiedź jest całkowicie zgodna ze sposobem, w jaki Unia Europejska reaguje na kryzys finansowy.

Żeby zauważyć związek między zarządzaniem kryzysowym i wzrostem protekcjonizmu, wystarczy przyjrzeć się wstępnej reakcji politycznej na fale pojawiających się we wrześniu zeszłego roku wstrząsów finansowych. Przywódcy europejscy na nieszczęście pomniejszali skalę kryzysu - i chyba nadal tak robią. Gospodarka europejska zmierza obecnie ku poważnej recesji, a produkt krajowy brutto Niemiec kurczy się w tempie prawie 9 proc. (jeśli przełożyć najnowsze dane na stopę roczną). Błędna ocena kryzysu na wczesnym jego etapie poskutkowała wprowadzeniem pakietów stymulacyjnych, obarczonych dwiema wadami. Były one początkowo zbyt małe i - co ważniejsze - nie były ze sobą skoordynowane. Tymczasem jednym z istotnych aspektów załamania gospodarczego jest występowanie czynników powodujących jego przemieszczanie się z kraju do kraju, zarówno w skali globalnej, jak i wewnątrz UE. W reakcji politycznej tych czynników nie wzięto pod uwagę.

Każdy sobie

W odniesieniu do bankowych programów ratunkowych Unia zdołała wprawdzie ustalić minimalny zakres reguł dotyczących konkurencyjności, ale również te programy miały charakter narodowy i nie były ze sobą skoordynowane. Jak jednak łączne skutki tych dwojakiego rodzaju nieskoordynowanych posunięć prowadzą do protekcjonizmu?

Jeśli pieniądze z programów stymulacyjnych rozdzielane są na szczeblu narodowym, rządy naturalnie próbują zapewnić zatrzymanie ich wewnątrz kraju. Właśnie perspektywa wydania przez ludzi tych pieniędzy na towary importowane była jednym z powodów niechęci rządów strefy euro do obniżek podatków. Ta sama logika stosuje się do zakupów rządowych, a to z uwagi na unijne reguły konkurencji. Zgodnie z nimi poszczególne kraje UE muszą do przetargów publicznych dopuszczać chętnych z całej UE. Jeśli się tych zasad przestrzega, zatrzymanie gotówki w kraju nie jest łatwe.

Od tego czasu rządy złagodziły jednak przepisy o konkurencji. Innymi słowy: jeśli chce się, żeby programy stymulacyjne działały w taki wypaczony sposób, trzeba rozmontować jednolity rynek. To samo odnosi się do bankowych programów ratunkowych. Gdyby Komisja Europejska chciała zablokować każdą niezgodną z regułami konkurencji operację ratowania banku, obwiniono by ją o spowodowanie załamania finansowego. Rządy znalazły drogę do okpienia UE, ponieważ łamały jednocześnie tyle reguł, że Komisja nie mogła nawet próbować skutecznie na to reagować.

Trzy zagrożenia

Można oczekiwać, że spowoduje to trojakiego rodzaju efekty, których siła będzie stopniowo rosła. Po pierwsze - skutki pakietów stymulacyjnych będą o wiele mniejsze, niż mogłyby być w przypadku skoordynowanych posunięć. Gdy każdy próbuje zyskać przewagę konkurencyjną nad innymi, efekty tych posunięć zwykle wzajemnie się znoszą.

Po drugie - pakiety stymulacyjne i programy ratowania banków bezpośrednio szkodzą jednolitemu rynkowi europejskiemu. Francuskie subsydia są najbardziej rażące, podobnie jak protekcjonistyczna retoryka francuskiego prezydenta. Ale wszyscy w Europie grają tak samo. Ta gra nie jest jeszcze tak ostra, żeby jednolity rynek europejski był na straconej pozycji, jeśli chodzi o handel towarami. Ale większość sektora usługowego wyłączona jest spod jego działania. Poza tym Europie brakuje jak dotąd efektywnej, ogólnounijnej infrastruktury i takiegoż systemu w dziedzinie bankowości detalicznej.

Błędem byłoby „odwracanie” programu jej tworzenia w momencie, gdy daleko mu jeszcze do zakończenia.

Po trzecie - i jest to czynnik o charakterze najbardziej destrukcyjnym - decyzje dotyczące pakietów stymulacyjnych i programów ratunkowych dla banków stanowią łącznie istotne zagrożenie unii walutowej. Udzielone przez większość rządów ogólne gwarancje pożyczkowe dla wszystkich banków w połączeniu ze stosowanymi bez żadnych warunków zastrzykami kapitałowymi oraz niechęcią tychże banków do restrukturyzacji będą oznaczać przekształcenie się ryzyka niewypłacalności instytucji prywatnych w ryzyko niewypłacalności państw, które będzie się nasilać wraz ze spowolnieniem gospodarczym. Część niewypłacalnych banków należy obecnie do państwa, a większość z tych, które poniosły szkody i są na granicy niewypłacalności, ociąga się z jej ogłoszeniem, gromadząc gotówkę. Program pomocy dla banków sprowadza się zatem do drenażu zasobów, nie stwarzając szans na rozwiązanie problemu.

Niewypłacalne państwa

Obecnie można oczekiwać, że wraz z przedłużaniem się kryzysu kilka krajów strefy euro - te, w których system bankowy jest słaby - wpadnie w poważne kłopoty. Istnieje ryzyko nawarstwiania się zjawiska niewypłacalności państw. Gdyby ograniczało się ono do krajów o rozmiarach Irlandii czy Grecji, można by ten problem rozwiązać za pomocą operacji ratunkowej. Ryzyko niewypłacalności nie ogranicza się jednak do małych państw. Systemy bankowe Włoch, Hiszpanii i Niemiec są na nie coraz bardziej narażone.

Gdy przywódcy UE spotkają się 1 marca na szczycie poświęconym działaniom antyprotekcjonistycznym, ogłoszą komunikat, który w ciepłych słowach będzie potwierdzał ich przywiązanie do idei jednolitego rynku. Podejrzewam jednak, że ich diagnoza kryzysu nadal będzie błędna. Protekcjonizm nie stanowi źródła problemu; protekcjonizm, z jakim mamy obecnie do czynienia, wynika z tego, że nie powiodła się koordynacja działań antykryzysowych. Nie jest to zjawisko nagłe ani nieoczekiwane.

W tej sytuacji posunięciem właściwym dla rozwiązania zasadniczego problemu byłoby przesunięcie choćby niektórych wydatków stymulacyjnych na szczeblu UE czy strefy euro oraz - co stanowiłoby posunięcie idealne - odejście od zgubnej zasady krajowych programów w odniesieniu do sektora finansowego na rzecz wspólnej strategii, przynajmniej jeśli chodzi o tych 45 banków, które działają w całej UE.

To jednak nie nastąpi. Nie nastąpiło w październiku zeszłego roku, nie zdarzy się obecnie. Wskutek niesłychanej umysłowej ograniczoności europejskich przywódców możemy się spodziewać generalnego ograniczenia zakresu jednolitego rynku, a zwłaszcza rynku usług finansowych. Co do strefy euro, to choć w przeszłości nieraz uzasadniałem, że jej rozpad jest praktycznie niemożliwy, teraz nie byłbym już tego taki pewny.