Mówi się, ze widmo protekcjonizmu krąży nad Europą. Dylemat dopuszczalnej ingerencji państwa w postaci pomocy publicznej jest generalnie wbudowany w sam mechanizm pomocy, która z zasady jest... niedopuszczalna. Wszelkie przywileje i fundusze wynikające z dotacji na inwestycje czy prowadzenia działalności w specjalnych strefach ekonomicznych są wyjątkiem od tej reguły.

Możliwość stosowania środków pomocowych wymaga więc ścisłego monitorowania. Jest to zadanie Komisji Europejskiej. W obecnych czasach, gdy pokusa protekcjonizmu nie jest obca żadnemu rządzącemu, KE będzie stać przed nie lada wyzwaniem. Po pierwsze, czy dopuścić działania, których w normalnych czasach nie dopuszczano. Po drugie, jak uzasadnić te działania, żeby nie budować niebezpiecznego precedensu na przyszłość. A po trzecie - jeśli odrzuci się pewne działania nakierowane na lokalne uzdrowienie gospodarki, to jak żyć ze współodpowiedzialnością za pogarszającą się sytuację gospodarczą?

W praktyce oznaczać to będzie ścieranie się dwóch poglądów. Paradoksalnie obu zachowaniom można przykleić łatkę protekcjonizmu.

Protekcjonizm w wydaniu francuskim jest nakierowany nie tylko na odnowę własnej gospodarki, ale bezpośrednio wymierzony przeciwko innym krajom. Sytuacja jest zatem ewidentna, ale reakcje takich krajów jak Czechy czy Polska (czyli tych, gdzie w ostatnich latach lokowano dużo inwestycji) również mogą mieć charakter protekcjonizmu. Chcemy zatrzymać zagranicznych inwestorów w naszych krajach w imię wspólnego rynku, ale również (a może - przede wszystkim?) pilnujemy interesu konkretnego kraju, utrzymując u nas produkcję sprzedawaną do innych krajów. To rodzaj zawoalowanego protekcjonizmu, któremu trudno się dziwić i który ma większy sens z punktu widzenia walki z kryzysem. Pośrednio stymuluje on bowiem rozwój gospodarczy.

1 marca odbędzie się nadzwyczajny szczyt UE i jest prawdopodobne, że oba podejścia zetrą się ze sobą. Jaka jest w tych okolicznościach najlepsza droga dla Polski? Przede wszystkim sprzeciw wobec czystego protekcjonizmu, ale z drugiej strony zdecydowana ochrona interesów naszej gospodarki. Zatrzymanie w Polsce inwestorów wymaga przede wszystkim elastycznego podejścia do zobowiązań, które wzięli oni na siebie w czasach prosperity. Dzisiaj wiele z nich jest nierealistycznych czy wręcz niewykonalnych. Stąd uelastycznienie dotychczasowych zasad udzielania pomocy publicznej powinno przybrać formę możliwości zmiany poziomu zatrudnienia, wydłużenia realizacji projektu, zmiany głównych parametrów inwestycji, czy nawet jej relokacja w ramach kraju.

Realizacja tych założeń będzie wymagać zmiany przepisów, ale dodatkowo zwiększenia dynamiki działań organów państwa. Powinny być szybkie, zdecydowane i - bez krzywdzenia innych - chroniące różnorodność inwestycji na polskim rynku. Niezależnie od tego należy pamiętać o naszych atutach - jesteśmy krajem ludzi wykształconych, dużym rynkiem zbytu, ale i dużym rynkiem pracy, a przy dzisiejszym kursie złotego jesteśmy rynkiem tanim. Kombinacja tych dwóch elementów - swoistego nacjonalizmu gospodarczego i właściwej promocji Polski, powinna być podstawą strategii proinwestycyjnej w obecnych czasach.