W Polsce panuje przekonanie, że „ludzie nie lubią podwyżek podatków”. Sam spotykam się z tym stwierdzeniem, ilekroć mówię publicznie o różnego rodzaju redystrybucyjnych pomysłach w stylu gwarantowanego dochodu podstawowego albo tanich usług publicznych na dobrym poziomie.

Zawsze wtedy pada argument, że wszystko pięknie, ale skąd wziąć na to pieniądze. Bo przecież nie z podatków, gdyż tych – znów zacytuję dość powszechną opinię – „ludzie nie chcą i nigdy się na to nie zgodzą”.

Rafał Woś

Rafał Woś

źródło: DGP / Wojtek Gorski

A ja mam pewne wątpliwości co do tej powtarzanej mantry. Nie żebym chciał dowodzić czegoś przeciwnego i przekonywać, jakoby ludzie uwielbiali podatki i modlili się o ich jak najwyższy poziom. Chcę tylko wskazać, że zdanie: „ludzie nie zgodzą się na podwyżki podatków” jest bardzo często używane jako sposób na zablokowanie dalszej rozmowy o wysokości danin fiskalnych. Mówiąc wprost, niektórzy używają sloganu, że wszyscy nie lubią wysokich podatków. Owi „niektórzy” to zazwyczaj ci, co na podwyżkach podatków straciliby najwięcej. A więc lepiej zarabiający i mający lepszy dostęp do mediów albo do lobbowania klasy politycznej przedstawiciele klas wyższych oraz biznesu. Nie mogą oczywiście powiedzieć, że nie chcą wyższych podatków, bo nie będą się dzielić z hołotą swoim kapitałem. Mówią więc, że oni to by się nawet podzielili, ale przecież „ludzie tego nie chcą”. Więc nic się nie da zrobić.

Możliwy powrót do niższej stawki VAT? "W niedalekiej przyszłości

Dobrą ilustrację tego zjawiska daje w swoim ostatnim tekście dla „New York Timesa” noblista Robert Shiller. Przestrzega on (nie jest oczywiście pierwszy ani jedyny) przed trumpowskimi obniżkami podatku CIT (od przedsiębiorstw) z 35 proc. do 21 proc. Przekaz Shillera jest prosty. Jeśli raz obniżysz podatki, to potem bardzo trudno je podwyższyć. Przykładem może być najnowsza historia Ameryki. W 1909 r. CIT wynosił tam 1 proc. Szczyt miał miejsce w 1968 r., gdy sięgał 53 proc. Dziś spadł do 21 proc. Te trzy daty tworzą nam wykres przypominający odwróconą literę U. Jeżeli weźmiemy to U pod lupę (historyczną), zobaczymy, że każda z tych podatkowych podwyżek odbywała się w dramatycznym kontekście wojennym. Pierwsza duża podwyżka to lata 1915–1918, gdy Ameryka szykuje się i wchodzi do walki w I wojnie. CIT rośnie do 12 proc. Pojawia się nawet (potem zniesiony) podatek od zysków ponadnormatywnych. W czasie II wojny stawka CIT skacze do 42 proc. Powraca też kontrola nadmiernych zysków (z drakońską stawką 95 proc.). Finałowy wzrost podatku od przedsiębiorstw (do 52 proc.) to z kolei czas wojny w Korei.

Gdyby popatrzeć na stawki podatku CIT w innych krajach rozwiniętych (zrobili to dwa lata temu ekonomiści Stasavage i Scheve w książce „Taxing the Rich”), to wszędzie będziemy mieli ten sam schemat. Podatki rosną wtedy, gdy interesy najbardziej wpływowych klas są egzystencjalnie zagrożone. W przypadku państw zachodnich takimi wydarzeniami były w XX stuleciu wojny. Posiadacze kapitału oraz biznesu godzili się na wyższe daniny, kiedy ich przetrwanie zależało od mobilizacji szerokich mas społecznych (w tym wypadku w formie powszechnego poboru do wojska i walki za ojczyznę). I nie miało znaczenia, czy mieliśmy do czynienia z demokracją (USA), czy z monarchią (Japonia). Faktyczna kontrola procesu politycznego przez klasy posiadające jest uniwersalna i w niewielkim stopniu zależy od ustroju politycznego.

Wróćmy do naszej głównej myśli. To nie jest tak, że w latach 1918–1968 w USA ludzie nagle polubili podatki. A teraz ich znowu nie cierpią. I dlatego Reagan, Bush i Trump je ścinali. A Clinton czy Obama jakoś nie kwapili się do ich podnoszenia. Prawda jest taka, że podatków nie lubią niektórzy. Nieliczni – bogaci w kapitał i zdolni do kontrolowania procesu politycznego oraz medialnej otoczki. Całą resztę pyta się o to tylko w momentach wielkiej trwogi. ©℗

Bershidsky: Apple i Google z łatwością obchodzą antymonopolowe przepisy UE [OPINIA]