To jeden z efektów globalnego kryzysu gospodarczego: państwa, które w okresie boomu nie mogły się obyć bez milionów imigrantów, dziś tylu już ich nie potrzebują. Kryzys się jednak kiedyś skończy, a wtedy znów aktualne staną się stawiane niedawno pytania: czy Polska nadal -jak w ostatnich latach - będzie krajem emigracyjnym? Czy na wyjazdach pracowników gospodarka traci, czy także zyskuje? Czy wobec powszechności emigracji nie powinniśmy się nastawić na zatrudnianie cudzoziemców - i czy mamy szansę ich przyciągnąć?

Imigracja - nie tak szybko

Na to, że Polsce potrzebni będą imigranci, od dawna zwracają uwagę demografowie i znawcy systemów emerytalnych. Wskazują, że wskutek minimalnego przyrostu naturalnego do 2035 roku liczba ludności zmaleje z 38,1 do niespełna 36 mln, a starzenie się społeczeństwa zagrozi stabilności systemu emerytalnego. - Żeby Polska mogła gospodarczo funkcjonować, potrzeba będzie najpierw kilkaset tysięcy, a potem kilku milionów mało wykwalifikowanych imigrantów - uważa Maciej Duszczyk z Ośrodka Badań nad Migracją Uniwersytetu Warszawskiego.

Na razie bardzo do tego daleko. Choć niemal każdy zetknął się z pracującymi w Polsce (zwykle czasowo i nielegalnie) Ukraińcami czy handlującymi na bazarach Wietnamczykami, to w porównaniu choćby z Czechami liczba cudzoziemców jest u nas niewielka. Z zestawienia Eurostatu - unijnego biura statystycznego - wynika, że w 2006 roku prawo stałego pobytu w Polsce przyznano zaledwie 1800 osobom. W przeliczeniu na tysiąc mieszkańców wówczas mieliśmy najmniej imigrantów w całej Unii.

Wprawdzie te dane dotyczą tylko osiedlających się na stałe, a imigranci zarobkowi tego zwykle nie robią (przynajmniej początkowo), ale o małej atrakcyjności Polski jako miejsca zatrudnienia świadczy także reakcja Bułgarów i Rumunów na otwarcie dla nich w 2007 roku naszego rynku pracy: prawie nikt stamtąd nie przyjechał. Dla poszukujących lepszego życia przybyszów z biedniejszych państw Polska jest raczej krajem tranzytowym niż miejscem przeznaczenia. Nie jesteśmy państwem bogatym i szczodrym ani też szczególnie przyjaznym cudzoziemcom. 

-Z krajów UE emigrancki charakter mają nadal Rumunia, Bułgaria, Litwa, Łotwa i Polska - i chyba zachowają go nadal. Polska będzie jednym z ostatnich krajów europejskich, które staną przed problemem imigracyjnym - mówi prof. Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu.

Ta sytuacja kiedyś się zmieni, ale pewnie dopiero wtedy, gdy będziemy bogatsi. W Europie doświadczyły tego m.in. Włochy, Hiszpania oraz Irlandia, które jeszcze nie tak dawno były krajami emigranckimi, a dziś same przyjmują ogromne rzesze imigrantów. Do takiej zmiany Polska musi być przygotowana: przede wszystkim powinna mieć własną (choć w ramach UE) politykę imigracyjną, po drugie - powinna być ona skoordynowana z polityką demograficzną, bo przecież chodzi nie tylko o doraźne wyrównywanie deficytu ludności, ale i o integrację przybyszów. Na razie to wszystko jest w powijakach, a nieliczni cudzoziemcy, którzy chcą osiedlić się w Polsce, przeżywają administracyjną gehennę.

Wrócą, ale czy na zawsze?

To jednak kwestia przyszłości, choć nie wiadomo, jak odległej. W najbliższym czasie czeka nas natomiast nasilenie widocznej już (choćby w urzędach pracy) fali powrotów Polaków pracujących za granicą. Ilu ich wróci - trudno nawet szacować. Nie wszyscy emigranci stracą pracę; z tych, których to dotknie, cześć zapewne zdecyduje się przeczekać zły okres pracując na czarno, a kolejni poszukają zajęcia w innych krajach UE. Nie wiadomo też, czy ci, którzy wrócą, osiądą w Polsce na stałe, czy tylko na jakiś czas, żeby potem zacząć się znowu zarobkowo kręcić po Europie i świecie.

Jest bowiem pewne, że nawet jeśli kryzys przyhamuje na trochę migracje, na dłuższą metę nie da się ich powstrzymać. Nie zanikną bowiem dwie ich główne przyczyny: zróżnicowanie poziomu dochodów i niedostatek pracowników o określonych kwalifikacjach w różnych krajach. Jakie skutki może to mieć dla krajów emigranckich, takich jak obecnie Polska? - Rachunek migracyjnych zysków i strat inaczej wygląda w krajach pochodzenia, a inaczej - w państwach przyjmujących. Na wyjazdach specjalistów kraj pochodzenia ewidentnie traci, a przyjmujący - ewidentnie zyskuje. W przypadku pracowników niskoopłacanych te relacje są wyrównane: zyskuje kraj pochodzenia (m. in. transfery zarobków), sami migranci i kraj przyjmujący - uważa prof. Ziółkowski.

W Polsce, z której ostatnio co roku około miliona osób wyjeżdżało za pracą, widoczne są obydwa rodzaje ekonomicznych efektów migracji. Korzystne jest m.in. wyrwanie się wielu ludzi z bezrobocia, poprawa standardu życia, napływ pieniędzy do rodzin w kraju. Niekorzystne - braki kadrowe, zwłaszcza w nauce (np. fizyka jądrowa) oraz pustoszenie pewnych regionów, których szanse rozwojowe przez to maleją. - Migracje mają jednak nie tylko aspekt ekonomiczny, ale i modernizacyjny, a o tym się zwykle mniej mówi - podkreśla minister Michał Boni.

Epoka mobilności

Ten modernizacyjny aspekt wiąże się nie tylko z emigracją z państw biednych do bogatych, lecz i z przenosinami ze wsi do miasta w tym samym kraju. To zresztą powód, żeby współczesnych migracji Polaków nie dzielić na zagraniczne i krajowe, ale traktować je łącznie. Nie ma przecież pewności, że powracający ponownie osiądą we wsiach i miasteczkach, które wcześniej opuścili, uznając je za beznadziejne; mogą szukać pracy w dużych miastach.

Takie kompleksowe podejście potrzebne jest także dlatego, że i na świecie, i w Polsce krystalizuje się nowego wzorzec migracji. Zaciera się różnica między wyjazdem na stałe i na jakiś czas: nie są to już decyzje na całe życie, nie oznaczają też konieczności zerwania więzi z rodziną czy z kontaktów z krajem.

Dla młodych ludzi emigracja staje się elementem kariery zawodowej. Wpływa to na ich podejście do rynku pracy, a w konsekwencji - na ten rynek. - Rośnie akceptacja dla mobilności, a mobilność to czynnik rozwojowy - uważa Michał Boni. Powoduje to problemy wynikające z rozbieżnych przepisów w kolejnych krajach pobytu „mobilnego” pracownika (uprawnienia do zasiłków, urlopów, składki emerytalne), ale te kwestie da się rozwiązać.

Co może nas „migracyjnie” czekać w najbliższych 20 latach? - Najlepiej byłoby, żeby ludzie z Polski wyjeżdżali, uczyli się tam, zdobywali doświadczenie - i wracali. Żeby ukształtował się migracyjny schemat: mazowiecka wieś - Anglia - Warszawa czy Wrocław - mówi prof. Ziółkowski.

Paradoksalne, ale tego typu wędrówki mogą się okazać korzystne nawet dla firm, z których pracownicy uciekają za granicę.- Emigracja zaczęła u nas dotykać najlepszych fachowców. Ale dopiero wtedy pracownicy zaczęli się godzić na posunięcia takie jak wartościowanie stanowisk i zmiana struktury wynagrodzeń, bo zauważyli, że to sprzyja wyławianiu najlepszych z nich. Część z emigrantów zresztą wróciła - choć nie zarobią u nas tyle, co za granicą - i przywieźli stamtąd wiele umiejętności - podkreśla Mirosław Szkałuba, wiceprezes PGNiG ds. pracowniczych.

Takie doświadczenia to dla przedsiębiorstw pożyteczny trening na przyszłość. Do mobilności muszą się przecież przyzwyczaić nie tylko pracownicy, ale i pracodawcy.


Przytoczone w tekście wypowiedzi pochodzą z dyskusji podczas seminarium „Migracja, emigracja, imigracja” (Ustroń, 16-18 stycznia), zorganizowanego przez Fundację Gospodarki i Administracji Publicznej w Krakowie.