Obecnie ok. 90 proc. prądu sprzedaje się w kontraktach dwustronnych. Resort gospodarki liczy, że dzięki nowelizacji prawa w 2010 roku 40 proc. energii musiałoby być sprzedawane w sposób zapewniający równy dostęp do prądu. Nie do końca jest jasne, co to znaczy.

- Chcielibyśmy doprecyzowania sformułowania, że sprzedaż ma się odbywać w sposób zapewniający publiczny i równy dostęp do energii - mówi Mariusz Swora, prezes URE.

To URE ma oceniać, czy energia jest sprzedawana na przejrzystych zasadach, a jeśli nie - powinien interweniować. Przepisy są tak skonstruowane, że dają producentom swobodę, więc ci nie muszą sprzedawać prądu poprzez giełdę. Prawo mówi bowiem, że mają to robić tylko „w szczególności”.

- Pojęcie „w szczególności” oznacza, że ustawodawca uznaje, iż wytwórca może zrealizować obowiązek sprzedaży energii w sposób zapewniający równy, publiczny dostęp do niej również inaczej niż na drodze przetargu lub na giełdzie - uważa mecenas Kamil Jankielewicz z kancelarii Allen & Overy, A. Pędzich.

Dodaje, że naruszenie tego obowiązku wykazane przez prezesa URE może spowodować sankcje włącznie z cofnięciem koncesji na wytwarzanie i radzi producentom starannie przygotowywać procedury sprzedaży. Na razie nie będzie to potrzebne, bo większość kontraktów jest zawarta. Być może nawet w 2010 roku nie wszyscy producenci będą ich potrzebować.

Nowe prawo mówi bowiem, że od chwili wejścia w życie przepisów obowiązek publicznej sprzedaży prądu miałaby tylko grupa producentów objęta ustawą o rozwiązaniu kontraktów długoterminowych. Te firmy, które zrzekną się rekompensat za rozwiązanie KDT-ów, już ustawą o rozwiązaniu KDT-ów nie byłyby objęte. Znalazłyby się w drugiej grupie producentów - ci zaś, według nowych przepisów, musieliby sprzedawać prąd publicznie dopiero od 2011 roku.