Do aprecjacji krajowej waluty przyczyniły się głównie spekulacje na temat domniemanych niejawnych rozmów rządu z Europejskim Bankiem Centralnym na temat wejścia do ERM 2.

Następnego dnia na rynek napłynęły dane makroekonomiczne – według odczytów stopa bezrobocia w Polsce wyniosła w styczniu 10,5%, zaś sprzedaż detaliczna rok do roku wzrosła zaledwie o 1,3%. Pomimo iż inwestorzy spodziewali się lepszych wartości, rynek praktycznie nie zareagował bezpośrednio po ich publikacji. Może to oznaczać, iż w wycenę polskiej waluty zostało już wliczone znaczące pogorszenie stanu polskiej gospodarki.

Osłabienie przyszło jednak już następnego dnia, powodując powrót kursu EUR/PLN do poziomów z początku tygodnia. Skala osłabienia zapewne byłaby większa, jednak na pomoc złotemu, a także innym walutom rynków wschodzących przyszły banki centralne Polski, Węgier, Czech i Rumunii. W werbalnej interwencji oświadczyły one, że osłabienie walut regionu nie ma uzasadnienia w podstawach fundamentalnych, a w przypadku dalszej ich deprecjacji i zmienności kursu, banki centralne mogą podjąć skoordynowane działania w celu uniknięcia niekorzystnego oddziaływania wahań kursowych na gospodarkę.

Szczególnie zaskakujący okazał się zaś fakt, że za takimi działaniami opowiedział się również prezes NBP Sławomir Skrzypek, który w czasie gdy złoty bił rekordy słabości, był zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek interwencjom. Niewykluczone, że za tak diametralną zmianą poglądów prezesa NBP stoją pozytywne skutki operacji, jakich dokonał ostatnio rząd. Podana do publicznej wiadomości informacja o wymianie części środków unijnych na rynku przez Ministerstwo Finansów z pewnością nie zachęciła spekulantów do ataku na polską walutę, a wręcz przeciwnie, przyczyniła się do umocnienia złotego. Pozytywne stanowisko wobec interwencji zajęła także Rada Polityki Pieniężnej, która podkreśliła, że również posiada w swoim arsenale instrumenty bezpośrednio wpływające na kurs walutowy. Cała sytuacja z pewnością przełożyła się pozytywnie na wizerunek Polski w oczach inwestorów zagranicznych, w końcu bowiem rządowi i NBP udało się osiągnąć porozumienie w kwestii wspierania słabnącego rynku. Mimo to, RPP wyraziła również obawy dotyczące przyszłej kondycji krajowej gospodarki. Ich wyrazem była mniejsza od oczekiwań rynkowych obniżka stóp procentowych, koszt pieniądza został bowiem obniżony o zaledwie 25 punktów bazowych. Z tonu, w jakim został sformułowany komentarz RPP do wspomnianej decyzji wynika jednak, iż w kolejnych miesiącach polityka pieniężna w naszym kraju może być w dalszym ciągu luzowana.

Ostatnie dni tygodnia cechowały się nieznacznym uspokojeniem nastrojów i niską zmiennością kursów, nie należy jednak odbierać tego jako trwałej poprawę sentymentu. Na globalnych rynkach wciąż utrzymuje się wysoka awersja do ryzyka, o czym świadczyć mogą dla chociażby wyprzedaże akcji na światowych parkietach. W takich warunkach z pewnością nie ma co spodziewać się umocnienia złotego. Nie powinno się również wykluczać możliwości powrotów kursu EUR/PLN w pobliże ostatnich szczytów. W takiej sytuacji zobaczymy zapewne kolejne interwencje władz w celu obrony kursu, i tylko od ich skuteczności zależeć będzie czy owe szczyty zostaną przebite. Ostatnie działania pozwalają jednak wierzyć, iż wartość euro wyrażona w polskiej walucie nie osiągnie najwyższego w historii poziomu 4,9400.

Miniony tydzień zakończył się osłabieniem euro względem dolara na fali obaw o przyszłą kondycję gospodarczą Eurolandu. Względem poniedziałkowego tygodniowego maksimum na poziomie nieco poniżej 1,3000, kurs EUR/USD stracił ponad 3 figury. Po spadku w okolice 1,2700, eurodolar odbijał się kilkakrotnie od tego poziomu, by ostatecznie zejść do 1,2650 i zakończyć  tydzień poniżej owego wsparcia. W ostatnim czasie jednak sentyment do dolara nie jest w stanie przebić na dłużej bariery 1,2700, co może oznaczać, że w przyszłym tygodniu może mieć miejsce ponowne odbicie w kierunku poziomu 1,2800.

Wiele zależeć będzie jednak od scenariusza dla gospodarki Eurolandu, w jaki uwierzą inwestorzy na rynku walutowym. Póki co przed strefą euro kreślone są ciemne wizje. Jest to region bardzo niejednolity pod względem gospodarczym, a jako gospodarka dość młody – nie dotknął go jeszcze żaden kryzys gospodarczy, obecny jest zatem pewnego rodzaju testem dla siły Eurolandu.

Czas ten może jednak przejść do historii, jako najpoważniejsza próba dla strefy euro. Poszczególne jej gospodarki różnie radzą sobie ze skutkami kryzysu, co utrudnia prowadzenie i skuteczność wspólnej polityki monetarnej. Problemem są również rosnące różnice w poziomie oprocentowania obligacji pomiędzy poszczególnymi krajami Eurolandu. Inwestorzy wymagają bowiem wyższych stóp zwrotu z papierów dłużnych emitowanych przez słabsze gospodarki takie jak Irlandia czy Grecja. Inwestycja w nie wiąże się bowiem z wyższym ryzykiem. To podwyższa koszt i utrudnia pozyskanie finansowania zewnętrznego potrzebnego w walce ze skutkami kryzysu. Europejski Bank Centralny z kolei nie posiada formalnej możliwości skupowania obligacji rządowych gospodarek strefy euro (taką możliwość posiada natomiast Fed). Należy również pamiętać, że Euroland nie ma wspólnej polityki fiskalnej, co uniemożliwia skoordynowane stymulowanie jej gospodarki za pośrednictwem centralnego zwiększania wydatków budżetowych. Co więcej, poszczególne kraje mają zróżnicowaną sytuację budżetową i niestety zwykle te, które potrzebowałyby poluźnienia polityki fiskalnej, charakteryzują się jednocześnie większym deficytem publicznym.

Po przeciwnej stronie natomiast znajdują się Stany Zjednoczone z ogromnymi pakietami pomocowymi dla krajowej gospodarki oraz sektora finansowego. Jakkolwiek, w dalszej przyszłości USA będą zapewne borykać się z ogromnym deficytem budżetowym oraz zapewne inflacją, jednocześnie w krótkim terminie mają większą szansę jako pierwsza gospodarka na świecie pożegnać recesję, co powoduje, że dolar zyskuje na wartości.

Dolar w ostatnim czasie umacnia się nie tylko względem euro, ale także w stosunku do walut takich jak frank szwajcarski czy jen. W skali tygodnia kurs USD/JPY wzrósł o prawie 5% w pobliże poziomu 99,00, zatrzymując się zaledwie jedną figurę przed psychologiczna barierą 100,00 JPY za USD. Od momentu wybuchu kryzysu do stycznia bieżącego roku jen umacniał się na fali wzrostu awersji do ryzyka i odwracania transakcji typu carry trade – był to silniejszy czynnik niż słabe dane makroekonomiczne, które powinny działać w kierunku deprecjacji japońskiej waluty. W ostatnim czasie jednak, kiedy większość pozycji w jenie została zamknięta, do głosu doszły fundamenty. Dane ewidentnie wskazują na pogarszający się stan gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni i na powracające widmo deflacji, z którą Japonia po kryzysie lat z początku 90’ nie była w stanie uporać się przez dekadę.DM TMS Brokers

Artur Pałka
Joanna Pluta
Departament Doradztwa i Analiz
DM TMS Brokers S.A.