Słaby występ naszych piłkarzy na mistrzostwach świata w Rosji błyskawicznie zszedł na drugi plan po sensacyjnym odpadnięciu z dalszej rywalizacji reprezentacji RFN. Niemiecki zespół nie przypominał zupełnie formą mistrzów świata, a jednym z istotnych problemów było zacięcie się modelu, który przez lata zapewniał reprezentacji liczne sukcesy.

Okazało się, że najlepsza wizytówka multi-kulti, jaką stanowiła przez lata drużyna Niemiec, nie stanowi już monolitu. Niesnaski wokół piłkarzy o pochodzeniu migracyjnym skutecznie zepsuły atmosferę wokół drużyny mistrzów świata, doprowadzając do jej najgorszego występu w historii. Piłkarze, którzy przez lata dodawali machinie finezji i polotu, stali się jej największym obciążeniem. Ta historia pokazuje jak w soczewce, że model multi-kulti, choć przyniósł Niemcom w przeszłości sukcesy, będzie coraz trudniejszy do utrzymania.

Żeby zrozumieć jedną z kluczowych przyczyn porażki Niemiec i zepsucia się atmosfery wokół kadry, trzeba cofnąć się do połowy maja, gdy dwóch czołowych piłkarzy reprezentacji o tureckich korzeniach – Mesut Özil i İlkay Gündoğan – oficjalnie spotkało się z prezydentem Turcji Recepem Erdoğanem. Niemców szczególnie musiała rozdrażnić scena wręczenia Erdoğanowi przez jednego z piłkarzy koszulki z podpisem „Dla mojego prezydenta”. Trudno sobie wyobrazić sytuację, która mogłaby bardziej rozwścieczyć niemieckich fanów.

Erdoğan od kilku lat jest dla nich symbolem brutalnego satrapy, do którego w dodatku niemieccy politycy muszą się przymilać. To on trzyma klucze do bramy, przez którą migranci z Bliskiego Wschodu mogą znowu napłynąć nad Ren. Piłkarze oddali hołd temu samemu Erdoğanowi, który od kilku lat prowadzi w RFN kampanie wyborcze, wbijając klin między rodowitych Niemców i tych o tureckim pochodzeniu. W kolejnych tygodniach rozpętała się istna burza. Nie pomogły okrągłe zdania przedstawicieli związku piłkarskiego, że futbolistom nie chodziło o wywołanie wątpliwości co do ich przywiązania do Niemiec.

Być może jeszcze kilka lat temu w spokojniejszych politycznie czasach taka sytuacja uszłaby im na sucho. Jednak po wejściu do Bundestagu Alternatywy dla Niemiec i rosnących wątpliwościach dotyczących zdolności RFN do integracji rzeszy prawie 2 mln migrantów przybyłych w ostatnich latach, tamtejsza opinia publiczna stała się niezwykle wrażliwa na punkcie kwestii migracyjnych i tożsamościowych. Bo jeśli Turcy, którzy przez lata wydawali się jedną z najlepiej zintegrowanych grup migranckich z pozaeuropejskiego obszaru kulturowego, nie utożsamiają się z państwem niemieckim, to czy można liczyć na sukces integracji grup z jeszcze odleglejszych kręgów?

Nawet po kilku tygodniach od spotkania z Erdoğanem kibice nie wybaczyli swoim piłkarzom tego ekscesu. W sparingach tuż przed mundialem każde dotknięcie piłki przez Özila spotykało się z przeraźliwymi gwizdami. Ta zatruta atmosfera wisiała nad reprezentantami Niemiec od pierwszego do ostatniego meczu mistrzostw świata. W przeddzień meczu inauguracyjnego reprezentacji samochód Gündoğana został zniszczony przez nieznanych sprawców, a po po porażce z Koreą Południową jeden z kibiców zbluzgał Özila, gdy schodził z boiska.

Jeśli wczytać się dokładniej w biografię piłkarzy, nie jest ona dowodem na sukces niemieckiego modelu integracji. Obaj wychowywali się w dzielnicach Gelsenkirchen zamieszkanych głównie przez mniejszości imigranckie. Jak się okazuje, Mesut Özil aż do czwartego roku życia nie miał żadnego kontaktu z językiem niemieckim. Sam podkreśla w wywiadach, że do dziś musi się dwa razy zastanowić, żeby precyzyjnie wyrazić się w tym języku. Wydaje się więc, że Niemcy popełniają w polityce migracyjnej podobne błędy do innych państw zachodnich, dopuszczając do powstania gett, gdzie migranci nie mają dużego kontaktu z niemiecką kulturą. Od czasów dzieciństwa Özila i Gündoğana zjawisko to w Gelsenkirchen przybrało na sile. Sami niemieccy dziennikarze określają niektóre dzielnice tego miasta mianem „no go zones”.

Problemy z integracją migrantów zaczynają się najczęściej od trudności z adaptacją na rynku pracy, a Niemcy mają z tym obecnie duże kłopoty. Jedną z istotnych przyczyn decyzji kanclerz Angeli Merkel o otwarciu granic w 2015 r. była chęć sprowadzenia siły roboczej, z której niedostatkiem przedsiębiorstwa nad Renem zmagają się od lat. Dzisiaj coraz częściej pojawiają się wątpliwości, czy migranci są w stanie dostosować się do niezwykle sztywnego, sformalizowanego rynku pracy, na którym panują wysokie wymagania względem pracowników.

Tamtejsi pracodawcy oczekują bowiem uzyskania certyfikatów ukończenia kursu zawodowego w ramach tzw. dualnego systemu kształcenia. Zakłada to łączenie nauki teoretycznej z praktyką zawodową nawet przez kilka lat, kiedy praktykanci zarabiają grosze. Nie jest to więc atrakcyjne dla migrantów, którzy chcą jak najszybciej zarabiać godziwe pieniądze. Jeśli nie otrzymają tych kwalifikacji, nie mają szans na zatrudnienie u dominującej części niemieckich pracodawców, poza wykonywaniem najprostszych, nisko płatnych prac.

Jedyną szansą jest więc praca w gastronomii, turystyce lub innego rodzaju nieskomplikowanych usługach, lecz nie jest to żadną alternatywą dla niemieckiego przemysłu, w którym można liczyć na dużo wyższe zarobki. Z tych względów migranci, którzy napłynęli do Niemiec w ostatnich latach, mogą liczyć jedynie na zatrudnienie w nisko płatnych zawodach, co zmusza ich do osiedlania się w biedniejszych dzielnicach. A więc nawet jeśli rząd będzie próbował prowadzić politykę przeciwdziałania tworzeniu się gett, to będą one samoczynnie powstawać. Wielu imigrantów nie będzie stać na zamieszkiwanie w dzielnicach innych niż te oferujące najtańsze lokum.

To niejedyny problem. Z prognoz niemieckiej agencji pracy wynika, że w ciągu pięciu lat jedynie 50 proc. migrantów znajdzie zatrudnienie, a po 15 latach ten wskaźnik wzrośnie do 70 proc. Nie ma więc szans na to, by koszty integracji migrantów spadły z kwoty szacowanej obecnie na 20 mld euro rocznie, co jest sumą porównywalną z roczną składką Niemiec do budżetu UE. Wielu polityków na szczeblu lokalnym w Niemczech podkreśla, że koszty integracji zmuszają do ograniczania wydatków na pozostałe cele socjalne. Rację ma więc premier Węgier Viktor Orbán, że budowa państwa migracyjnego nie tylko stwarza problemy, ale przede wszystkim generuje wysokie koszty.

Wprawdzie Özilowi i Gündoğanowi udało się osiągnąć sukces w niemieckim futbolu, jednak nie są oni dowodem na sukces modelu integracji migrantów. Wiele problemów z integracją się pogłębia, a samo społeczeństwo staje się coraz bardziej niechętnie nastawione do migracji. Żadne europejskie rozwiązanie nie rozwiąże kryzysu migracyjnego Niemiec, którego źródła są w domu.

Nawet jeśli rząd będzie próbował prowadzić politykę przeciwdziałania tworzeniu się gett, to będą one powstawać samoczynnie.

>>> Czytaj też: Merkel: Przyszłość Niemiec i Europy zależy od rozwiązania kwestii migracji