To, co nas podzieliło – to się już nie sklei” – napisał w 2010 r. Jarosław Marek Rymkiewicz. Poeta z Milanówka stworzył wiersz tuż po katastrofie smoleńskiej, ale przy okazji udało mu się wyrazić coś bardziej uniwersalnego. Chodzi o strach, że współczesne społeczeństwa pękają. I dzieje się to w taki sposób, że niedługo nie będzie już co zbierać ani kleić. Dynamika ostatnich dekad – od Polski po bogaty Zachód – zdaje się to potwierdzać.

Dla ekonomisty ten proces ma oczywisty związek z rosnącymi nierównościami ekonomicznymi. Nie chodzi tylko o prosty przelicznik – ile kilogramów mięsa lub telewizorów mogą sobie kupić za miesięczną pensję przedstawiciele różnych klas społecznych. Rzecz też w tym, że w ślad za nierównościami majątkowymi wśród biedniejszych pojawia się także deficyt kapitału kulturowego. Pojęcie to spopularyzował w latach 80. XX w. socjolog Pierre Bourdieu. Dowodził, że za różnicami majątkowymi kroczą nieuchronnie różnice w gustach, preferencjach estetycznych czy stylach życia. I jeśli nożyce bogactwa nadmiernie się rozewrą, to społeczeństwo pęka. I cóż z tego, że mamy całkiem niezłe instytucje równego startu (system edukacyjny), skoro w jego ramach o awansie decyduje właśnie kapitał kulturowy. Kariery robią ci, którzy lepiej pasują do stylu pielęgnowanego przez klasy dominujące. Są do nich podobni fizycznie, mają tych samych idoli, pasje czy wartości. Opisany przez Bourdieu mechanizm w sposób aksamitny wyklucza biedniejszych, kobiety albo – powiedzmy – Latynosów i Czarnych.

Od czasów Bourdieu nierówności bardzo urosły, a mobilność społeczna spadła. Przynajmniej według większości badań. Zaś kryzysy polityczne w USA (bunt białych klas niższych, które głosowały na Trumpa) czy w Europie Zachodniej (brexit i fenomen populistycznej prawicy) każą zadać pytanie: czy nie ma już czegoś takiego jak – powiedzmy – jednolite amerykańskie społeczeństwo? Czy z jednej strony mamy liberalne elity, które czytają „New York Timesa”, zaśmiewają się z dowcipów o Trumpie, jedzą w etnorestauracjach i ćwiczą jogę w parku, a z drugiej – biednych, którzy nie znają świata, chodzą do McDonalda, a w wolnych chwilach idą ze strzelbą do lasu zapolować na zwierzynę. Czy to już? Czy już pękło i się nie sklei?

Ciekawą odpowiedź na to pytanie niesie najnowsza praca Marianne Bertrand i Emira Kamenicy ze Szkoły Biznesu Uniwersytetu Chicagowskiego. Postanowili oni sprawdzić, jak głębokie są dziś różnice kulturowe dzielące amerykański naród oraz jak się one zmieniały w ostatnich dwóch–trzech dekadach. Badanie różnic kulturowych to dla ekonomistów zadanie trudne, ale wykonalne. Od czego są niezliczone badania preferencji, którym amerykańskie społeczeństwo jest od lat poddawane. Od pytań: „Czy używałeś musztardy dijońskiej w ostatnich 6 miesiącach”, po „Czy oglądałeś w ciągu ostatniego pół roku film «Birdman»?”.

Pracując na takich danych, Bertrand oraz Kamenica wyróżnili kilka kategorii, na podstawie których można próbować mierzyć różnice kulturowe. To podejście do mediów (telewizji, gazet, filmów), zachowania konsumenckie (co, gdzie i jak jemy, kupujemy albo z jakich usług korzystamy), poglądy polityczne (na różne sprawy) i sposób spędzania czasu (ile pracy, ile sportu, ile czasu z rodziną). Przebiwszy się przez ten gąszcz danych, ekonomiści rzucili te postawy na oś czasu. I co?

Równo nie jest. Najbardziej w zachowaniach konsumenckich. Ale są i bardziej egalitarne dziedziny życia. Na przykład korzystanie z mediów (szczególnie demokratyczne jest kino, o którym bogacz sobie spokojnie z proletariuszem pogada) oraz, o dziwo, sposoby spędzania wolnego czasu (nie jest tak, że jedni joga, a drudzy polowania). Tu różnice pomiędzy biednymi i bogatymi są mniejsze, niż się powszechnie wydaje.

Najciekawsze jednak na koniec. Bertrand i Kamenica dowodzą, że skala różnic kulturowych nie zmieniła się znacząco w ostatnich 30 latach. Czyli pomimo narastających nierówności majątkowych Amerykanie z czasów Obamy/Trumpa mają do siebie kulturowo równie daleko jak Amerykanie epoki Cartera/Reagana. Czy to zamyka temat pęknięcia społecznego? Pewnie nie. Ale daje nadzieję, że to wszystko da się jeszcze jakoś posklejać.

>>> Czytaj też: Na myśl o imigrantach stajemy się mniej hojni. Dowiedli tego naukowcy z Harvardu