W Katarze było gorąco. I nie chodzi o klimat. Wreszcie nasza reprezentacja pokazała nie tylko wolę walki, ale i wspaniałą, przemyślaną grę. Silna obrona, finezyjne rozegranie w pomocy i nowi, młodzi napastnicy bezwzględnie egzekwujący okazje strzeleckie zagwarantowały nam finał i – po raz pierwszy w historii naszej piłki – zwycięstwo w mistrzostwach świata” – jakie są szanse, że po zawodach, które odbędą się w Katarze w 2022 r., tego rodzaju relacje pojawią się w polskiej prasie? Biorąc pod uwagę najświeższe wyniki naszej reprezentacji, może wydawać się, że niewielkie. Zapewnienia naszych piłkarzy, trenerów i szefostwa PZPN, że wyciągną wnioski na przyszłość i będzie tylko lepiej, także nie brzmią wiarygodnie. Ile razy już to słyszeliśmy? Jak im wierzyć?

Nie musimy wierzyć akurat im. Posłuchajmy dla odmiany ekonomistów. Tym razem mają dla nas dobre wieści. Przekonują mianowicie, że nawet kraje takie jak Polska mają szanse na swoje 5 minut w międzynarodowej piłce. Pod, oczywiście, pewnymi warunkami. Dotyczą one m.in. zamożności, migracji zarobkowych i przepływu know how. Zanim jednak o tym, odpowiedzmy na pytanie, dlaczego piłka nożna jest w ogóle taka ważna.

Jedyny taki sport

Futbol to – wybaczcie truizm – historyczny fenomen. Można się ekscytować, można nim pogardzać, ale trzeba przyznać, że podobnej popularności nigdy nie zdobyła żadna inna dyscyplina sportu. Choćby nasi skoczkowie narciarscy wygrywali co roku Turniej Czterech Skoczni, a lekkoatleci dominowali w olimpijskich klasyfikacjach medalowych nad USA, Rosją i Chinami, to i tak znacznie większe emocje będzie budził zwykły sparing reprezentacji z, dajmy na to, Wyspami Owczymi albo mecz, w którym klubowy mistrz Polski próbuje (niestety, zapewne bez skutku) zakwalifikować się do europejskich pucharów. Powyższe nie oznacza oczywiście, że inne dyscypliny są w jakiś sposób gorsze, ale że po prostu brakuje im tego, co z piłki nożnej czyni sportowego imperatora globu. Wedle niektórych (chociaż niezbyt dokładnych) szacunków piłką ekscytuje się aż 3,5 mld mieszkańców Ziemi. To więcej np. o miliard od liczby kibiców krykieta, o 2,5 mld od liczby kibiców siatkówki i tenisa i o 3 mld więcej od liczby fanów baseballu czy golfa. O rzucie młotem, szachach i kręglach nawet nie wspominam.

W książce „Futbonomia”, która jest chyba najlepszym kompendium wiedzy ekonomicznej o futbolu dostępnym na rynku, ekonomista Stefan Szymański z University of Michigan i dziennikarz „Financial Times” Simon Kuper przytaczają statystyki finansowe, które jeszcze mocniej unaoczniają skalę komercyjnej popularności futbolu. Podają oni np., że roczne przychody z europejskiej piłki nożnej to 24,6 mld dol., gdy amerykańska liga baseballu to zaledwie 7,5 mld dol., a NFL – 8,8 mld dol. Nawet ruchome obrazki z Hollywood przynoszą producentom filmowym o 13 mld dol. mniej.

Gdy uświadomimy sobie, jakie kwoty związane są z piłką nożną, przestaną nas dziwić zarobki i ceny transferowe największych jej gwiazd. Kluby wydają na nie krocie, wierząc, że zwróci im się to w końcu w ogólnych przychodach. Obecnie rekordzistą, jeśli idzie o cenę, jest Brazylijczyk Neymar, którego FC Barcelona sprzedała do PSG za 222 mln euro, ale eksperci przekonują, że popularność futbolu będzie tylko rosnąć (nawet w czasie kryzysów gospodarczych) i moment, w którym cena transferu za któregoś piłkarza przekroczy 300 mln euro (1,2 mld zł), jest tuż-tuż.

Ale olbrzymie pieniądze w piłce kopanej to relatywnie świeży fenomen. Korzenie futbolu wyrastają w Anglii. Tam docierały się fundamentalne reguły tej dyscypliny, które spisano w Cambridge i Sheffield mniej więcej w połowie XIX stulecia. Anglia była sercem kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii i popularne w tym kraju sporty szybko były eksportowane za granicę, popularność piłki na świecie rosła jednak wolniej niż rugby czy krykieta. Gdy w 1914 r. zakładano FIFA, międzynarodową federację piłkarską, miała ona zaledwie siedmiu członków. Przez dekady futbol był tylko jednym z wielu powszechnie uprawianych sportów drużynowych, a do szaleństwa, jakie wywołuje dzisiaj, wiele brakowało.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.