Polakom podoba się literackie g…o – powiedział w wywiadzie z 2010 r. legendarny krytyk i wieloletni redaktor naczelny „Twórczości” Henryk Bereza, którego rubryka „Czytane w rękopisie” zapowiadała nowe, obiecujące nazwiska. Bereza postrzegał pisanie o książkach jako szczególną misję, dającą mu możliwość kształtowania historii kultury. Co ciekawe, większość z promowanych przez niego autorów pozostaje dziś słabo znana czytelnikom. Czy możliwa jest obecnie krytyka uprawiana z podobną Berezie dezynwolturą i odwagą? Pewnie tak, ale kogo na to stać? A może mamy do czynienia już tylko – by jeszcze raz oddać głos Berezie – ze „stadem baranów lub bandą poduczeńców” („Baranoja”, 1985)?

Zobacz recenzje książek ekonomicznych na Forsal.pl

Udowadnianie własnej racji

Po czerwcowym Big Book Festivalu pojawiła się na Facebooku informacja, że podczas „okrągłego stołu blogerów” jeden z recenzentów internetowych przyznał, że jego teksty sponsorowane konsultowane są z wydawnictwem. Fala krytyki przeszła w obszerną dyskusję dotyczącą stosunków między blogerami/recenzentami a wydawcami, zaciętą zwłaszcza na profilu krytyczki literackiej Bernadetty Darskiej. Jak się okazało, wypowiedź została błędnie zinterpretowana, ale reakcja na nią uświadomiła mi – blogerowi książkowemu, ale też wydawcy i czasem autorowi – że oczekiwania wobec recenzentów wciąż opierają się na wyobrażeniach sprzed lat. Jedna z komentatorek, ubolewając nad upadkiem kultury, napisała: „Książki są wypierane przez gry wideo”. Tak, mniej więcej od ćwierćwiecza. Czy potrafimy wyjść poza wyświechtane frazesy, zastanawiając się nad przemianami na rynku książki?

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej