Być może w tym tygodniu premier Mateusz Morawiecki ogłosi termin lokalnych wyborów. Najczęściej wskazywana jest data 21 października (I tura). Wszystko zależy od decyzji Senatu w sprawie zorganizowania 10–11 listopada prezydenckiego referendum.

Choć do wyborów zostało kilka miesięcy, wciąż nie ma decyzji, jaki kształt przybierze karta do głosowania. Sprawa jest niebagatelna – forma książeczkowa karty z 2014 r. najpewniej przyczyniła się do nienaturalnie wysokiego poparcia dla ludowców (ponad 17 proc. w przypadku sejmików), bo ich lista znalazła się na pierwszej stronie. Mogło to zmylić wyborców, a rozjuszyło politycznych konkurentów, którzy oskarżali, że wybory zostały sfałszowane.

Formalnie prowadzone są jeszcze analizy. – Trwają prace nad uchwałą Państwowej Komisji Wyborczej w sprawie wzorów kart do głosowania. Nie można jeszcze określić terminu uchwalenia jej przez Komisję – mówi Krzysztof Lorentz, dyrektor zespołu kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych w Krajowym Biurze Wyborczym.

Ale to, że rosną szanse na odejście od książeczkowej formy karty, potwierdza szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński. – Wskutek zmian w kodeksie wyborczym listy kandydatów będą krótsze. A to oznacza, że płachta nie będzie aż tak duża, jak zakładaliśmy – przyznaje sędzia.

Wcześniej obowiązywała zasada, zgodnie z którą jeden komitet mógł wystawić dwa razy więcej kandydatów niż liczba mandatów w okręgu (zasada Nx2). Po nowelizacji kodeksu wyborczego komitet będzie mógł wystawić tylko o dwóch kandydatów więcej niż liczba mandatów do wzięcia (czyli N+2).

Z naszych informacji wynika, że za formą płachty w miejsce książeczki, coraz bardziej opowiada się też Krajowe Biuro Wyborcze. – Z książeczką jest ten problem, że trzeba ją całą przekartkować, by stwierdzić ważność lub nieważność głosu. A to utrudnia i opóźnia proces zliczania głosów. Do tego koszt druku jest wyższy niż w przypadku płachty. Spodziewamy się też, że w niektórych okręgach zgłosi się więcej niż 15 komitetów. Na płachcie spokojnie możemy zmieścić nawet 20 – tłumaczy nam osoba z KBW.

Jeszcze we wrześniu 2017 r. Państwowa Komisja Wyborcza uważała, że najbardziej prawdopodobnym wariantem jest forma książeczki. Przeprowadzono badania, w których udział wzięło 13 tys. osób. Niemal 71 proc. ankietowanych opowiedziało się za kartą do głosowania w formie broszury. A za kartą wielkoformatową jedynie niecałe 10 proc. Ponad 2,5 tys. ankietowanych nie miało zdania lub przedstawiło własne propozycje.

We wspomnianych konsultacjach Instytut na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris” ocenił, że karta w formie broszury A4 „minimalizuje ryzyko naruszeń konstytucyjnych zasad powszechności i tajności głosowania”. A Fundacja Batorego przekazała PKW swoją propozycję karty jednostronicowej w formacie A2, uznając, że „karta w postaci płachty jest rozwiązaniem prostszym, oszczędniejszym i bezpieczniejszym”. Przedstawiciele Fundacji przekonywali, że proponowaną przez nich formę karty będzie można zastosować w 95,6 proc. okręgów, a w pozostałych można byłoby stosować „poprawioną wersję karty broszury”. Formę książeczki kategorycznie odrzucił Ruch Kontroli Wyborów (powstały w 2015 r. w reakcji na budzący kontrowersje wynik elekcji lokalnych z 2014 r.). Wskazywał na „uciążliwość w jej stosowaniu, znaczne ryzyko pomyłek wyborców, jak w wyborach samorządowych z 2014 r., trudności w liczeniu i weryfikacji oddanych głosów przez komisje oraz znaczne ryzyko nadużyć”.

A co o rosnących szansach płachty sądzą politycy? – Przy ostatnich wyborach książeczka spowodowała sporo komplikacji, zdarzało się, że głos oddany był na każdej stronie, przy każdym komitecie, co powodowało jego nieważność. Teraz forma książeczki miała przybrać nieco inną formę, ale to też nie daje stuprocentowej gwarancji, że unikniemy problemów. Wydaje mi się, że wyborcom łatwiej będzie się poruszać po płachcie, zwłaszcza tym, którzy już wiele razy mieli okazję głosować w ten sposób na przestrzeni ostatnich lat – ocenia Grzegorz Adam Woźniak (PiS), wiceszef sejmowej komisji samorządowej.

Z kolei Piotr Zgorzelski z PSL przekonuje, że forma karty nie ma dla ludowców większego znaczenia. – Owszem, książeczka mimochodem nam pomogła w 2014 r., ale może w granicach 1–3 proc. Zdarzały się przecież głosy oddane na spis treści. To oznacza, że zabrakło rzetelnej edukacji wyborców. Jeśli teraz też jej zabraknie, grozi nam ten sam problem co cztery lata temu – przestrzega poseł. Przypomina, że w 2014 r. w strukturze głosów nieważnych blisko 80 proc. stanowiły głosy puste. – To pozwala sądzić, że wielu wyborców po prostu nie miała lub nie wiedziała na kogo zagłosować, bo nie zna kandydatów, zwłaszcza na szczeblu sejmikowym – przekonuje.

>>> Polecamy: Powstaje komisja śledcza ds. wyłudzeń VAT. Będzie pracowała w okresie wyborów