Szczerze mówiąc, to nie bardzo nawet wiem, czy ta książka ma w ogóle jakieś rozdziały – po prostu skończyłem mniej więcej na stronie ósmej, po czym wrzuciłem ją do kominka. Gdy żona zapytała, dlaczego to zrobiłem, odparłem, że akcja za wolno się rozkręcała. Spodziewałem się, że już w prologu będzie jakieś małe figo fago, tymczasem w tym miejscu autorka podziękowała swojemu mężowi za to, że gotował i sprzątał, podczas gdy ona mogła stukać w klawiaturę. Hmmm… Widzę tu lekką niekonsekwencję. Kobita na piśmie przyznaje, że jej stary to świetny gość, bo robi rosół i szoruje fugi między kafelkami, a następnie przez kilkaset stron stara się dowieść, że – podobno, bo nie czytałem – lepiej jeśli facet nie umie robić rosołu, za to lubi ciągnąć za włosy i dawać klapsy. Ewentualnie będzie gotów oblać kobietę gorącym rosołem, a następnie usunąć resztki makaronu ze wszystkich zakamarków jej ciała. Widelcem.

Naprawdę starałem się przeczytać choćby 10 stron „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ale spasowałem zaraz po tym, jak jakaś dziewczyna przez osiem pierwszych akapitów stała przed lustrem, mówiąc do swojego odbicia „do diaska”. A słowo „wilgotny” padło w tym czasie jakieś 30 razy, przy czym za każdym razem dotyczyło jej dopiero co umytych włosów.

Osobiście gustuję w lekturach o nieco mniej skomplikowanej fabule. Na przykład gdy w mrocznych, zapijaczonych i zapomnianych przez Boga zakamarkach międzywojennego Wrocławia dochodzi do tajemniczych morderstw. A detektyw Eberhard Mock nie mówi „do diaska”, tylko… sami wiecie. I też lubi sobie poużywać. I pije. I pali. Po prostu jest autentyczny. Prawdziwy.

Nie znaczy to oczywiście, że śmieję się z tych, którym Christian Grey i jego libido przypadły do gustu. Jeżeli przeczytaliście tę książkę i wam się podobała, to bardzo dobrze. Grunt, że jesteście w grupie 18 Polaków, którzy w zeszłym roku w ogóle cokolwiek – poza wpisami na Facebooku – przeczytali. Jesteście więc wyjątkowi. Pozwólcie więc, że przedstawię wam dzisiaj wyjątkowy samochód. Volkswagena Golfa.

Golf wyjątkowy? Przecież to tak, jakby uznać słowa Donalda Trumpa o Meksykanach za wyważone, serdeczne i przepełnione sympatią. Prawda jest taka, że trudno o bardziej zwyczajne auto niż kompaktowy volkswagen. Mój egzemplarz był szary i wyróżniał się w tłumie mniej więcej tak samo, jak śledź oceaniczny płynący w ławicy. Owszem, niezaprzeczalnie jest to eleganckie i przystojne auto, do tego ubrane w dobrze skrojony garnitur. I bez dwóch zdań ma nienaganne maniery oraz bardzo wygodne wnętrze, któremu absolutnie niczego nie można zarzucić pod względem wykonania, jakości materiałów czy intuicyjności obsługi.

Golf to po prostu odnoszący sukcesy dżentelmen – w drzwiach przepuszcza kobiety przodem, podsuwa krzesło w restauracji, całuje w rękę, wręcza kwiaty, odprowadza wieczorem pod drzwi domu itd. Jak trzeba, to nawet rosół zrobi i kafelki w łazience wyszoruje. Nigdy was nie zawiedzie, a w jego towarzystwie zawsze będziecie czuli się bezpiecznie. Nie zapewni wam w zasadzie tylko jednego – emocji. To auto gwarantuje tyle wrażeń, co obcinanie paznokci albo łuskanie grochu. Raz zgubiłem golfa pod supermarketem – po prostu zapomniałem, czym przyjechałem i musiałem wrócić do domu taksówką. Inny egzemplarz zapomniałem oddać po skończonym teście, a w Volkswagenie przypomnieli sobie o nim dopiero po pół roku, gdy przyszło pismo od ubezpieczyciela, że polisa się kończy. To wszystko pozwala mi twierdzić, że golf jest Christianem, a raczej Krystianem. Ale nie Greyem. Chyba że…

Okazało się, że mój testowy szary, skromny golf ma w kilku miejscach doklejony znaczek „R”, a z tyłu cztery rury wydechowe, które zamontował jakiś Słoweniec o nazwisku Akrapovič. I jeszcze przycisk „Mode” przy skrzyni biegów, którym wybrać można jeden z trybów jazdy, m.in. eco, comfort i race. Szczególnie zaintrygował mnie ten ostatni, więc nie zwlekając, aktywowałem go zaraz po przekroczeniu rogatek miasta i… nagle znalazłem się w zupełnie innym samochodzie. Głośnym, twardym i szybkim. 310 koni karmione jest tu chyba nie tylko bezołowiówką, ale też czystą amfetaminą – setka na liczniku pojawia się po 4,6 s, a każde wbicie pedału gazu w podłogę jest jak przebicie się przez barierę dźwięku. Złowrogie sapanie silnika, gwizd turbo, grzmoty i strzały z wydechu – można tego auta nie zauważyć, ale w żadnym wypadku nie da się go nie usłyszeć. Do tego napęd na cztery koła i świetnie zestrojony układ kierowniczy.

Najlepsze jednak jest to, że golfem R da się jeździć jak zwykłym golfem – w trybie comfort czy eco jego zawieszenie jest sprężyste, tłumika i silnika nie słychać, we wnętrzu nawet przy wysokich prędkościach jest cicho, a siedmiobiegowa skrzynia DSG niezauważalnie zmienia przełożenia. Do tego ze spalaniem bez większego wysiłku zmieścicie się w 7–8 litrach, a to wystarczy na przejechanie 600–700 km. Czyli nadal mamy do czynienia z czymś rozsądnym.

Sęk w tym, że za kierownicą „erki” trudno jest zachować rozsądek. Jest prowokująca jak Soi Cowboy w Bangkoku. Budziłem się w środku nocy i poważnie się zastanawiałem, czy nie wyjechać na puste ulice miasta tylko po to, żeby strzałami z wydechu Akrapoviča obudzić parę dzieci i ich matki. Bocznymi krętymi drogami jeździłem tak, jakby ktoś oblał mnie żrącym kwasem. I nie przegapiłem żadnej okazji, żeby uruchomić specjalną procedurę startową (launch control) – tylko po to, aby zobaczyć, jakie to uczucie, gdy ktoś wali kijem golfowym prosto w wasz kręgosłup. Jazda tym samochodem momentami naprawdę ociera się o sprawiający przyjemność masochizm, a jeżeli obok was siedzi pasażer – także o sadyzm.

Wszystko to prowadzi mnie do zaskakującego wniosku. Tak naprawdę, włączając w golfie R tryb race, przenosicie się z normalnego, grzecznego kompaktu prosto do piwnicy Christiana Greya. I dostajecie tam porządne lanie ze szczęśliwym zakończeniem.

>>> Czytaj też: Bąk: Skoro nie uważaliście, jak robicie, to teraz róbcie, jak uważacie [MOTOFELIETON]