Dodatkowe pieniądze na kształcenie młodocianych pracowników, zatrudnianie asystenta technicznego do prowadzenia egzaminów zawodowych, przyznanie wszystkim ministerstwom prawa do otwierania szkół branżowych – to tylko niektóre pomysły Ministerstwa Edukacji Narodowej na zmiany w szkolnictwie zawodowym. Właśnie trwają konsultacje wprowadzającego je rozporządzenia. Pierwsze uwagi spłynęły już od resortów. Najwięcej zarzutów do pomysłów urzędników Anny Zalewskiej ma Ministerstwo Finansów. Z opinii MF wynika, że na razie zaproponowane rozwiązania są… finansową abstrakcją.

Chodzi m.in. o to, że MEN chce sięgnąć po pieniądze Funduszu Pracy. Takie rozwiązanie zapowiadała w rozmowie z DGP już dwa lata temu ówczesna wiceminister edukacji Teresa Wargocka. Teraz MEN ujawnił szczegóły. Z Funduszu Pracy mają być dofinansowanie m.in. szkolenia uczniów w deficytowych zawodach. Pierwsze pieniądze – 254 mln zł – mają być uruchomione w 2022 r. W kolejnych latach kwoty przeznaczone na ten cel będą o połowę mniejsze. Do 2028 r. łącznie z Funduszu Pracy przekazany ma zostać ponad miliard złotych.

Ministerstwo Finansów ma tymczasem wątpliwości, czy takie rozwiązanie jest w ogóle możliwe. „Fundusz Pracy jest państwowym funduszem celowym objętym stabilizującą regułą wydatkową. W związku z powyższym konieczne jest wskazanie źródeł finansowania proponowanych rozwiązań oraz obszary wydatków, które zostaną ograniczone” – nie pozostawia wątpliwości Tomasz Robaczyński, podsekretarz stanu w MF.

>>> Czytaj też: Praca po zawodówkach i technikach: lista deficytowych i nadwyżkowych zawodów

Z Funduszu Pracy w zamyśle MEN miałby też być finansowany Główny Urząd Statystyczny. Resort edukacji chciałby dołożyć mu zadań – po reformie szkolnictwa zawodowego instytucja miałaby określać zapotrzebowanie na fachowców z różnych branż. Na tej podstawie MEN miałby układać poziom finansowania określonych kierunków kształcenia – im mniejsze zapotrzebowanie, tym mniejsza subwencja oświatowa trafiająca do szkół. Takie rozwiązania w zamyśle urzędników resortu mają ograniczyć otwieranie w szkołach klas kształcących specjalistów, dla których później nie będzie miejsca na rynku pracy. Ministerstwo Finansów przekonuje, że GUS ma w budżecie własne finansowanie i nie ma mowy o przekazywaniu mu innych środków. W dodatku MEN nie wskazał, w jakim trybie takie pieniądze powinny trafiać do urzędu.

To rozwiązanie nie podoba się zresztą także w innych resortach. Zdaniem urzędników Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej już teraz istnieją badania dotyczące zapotrzebowanie na specjalistów w poszczególnych zawodach, m.in. zlecane przez te instytucję: Monitoring zawodów deficytowych i nadwyżkowych oraz Barometr zawodów. Dokładanie zadań GUS będzie w opinii pracowników resortu dublowaniem zadań. W dodatku mało efektywnym, bo trendy w zawodach trzeba badać w kilkuletniej perspektywie, a nie krótkoterminowo.

Uwagi dotyczące Funduszu Pracy to nie koniec wątpliwości MF w odniesieniu do finansowania reformy szkolnictwa zawodowego. Urzędnicy nie chcą też dokładać pieniędzy do tego, aby wszystkim kandydatom do szkół, których ukończenie daje uprawnienia do kierowania pojazdami mechanicznymi, finansowano badania lekarskie i psychologiczne. To, w myśl założeń, miałaby być zachęta, by uczęszczać do takich klas. Zdaniem MF finansować badania owszem, można, ale dopiero wtedy, gdy uczeń chce podchodzić do egzaminu na prawo jazdy. Natomiast badania powinny być finansowane z już otrzymywanej przez szkoły subwencji oświatowej.

Wątpliwości resortu Teresy Czerwińskiej budzą także inne przepisy wprowadzone do ustawy przy okazji nowelizacji. Chodzi m.in. o środki na szkolenia nauczycieli polskich za granicą. W latach 2021‒2030 ma to być ponad 20 mln zł. Zdaniem ekspertów MF, Ministerstwo Edukacji nie uzasadniło dobrze tych wydatków, a na kształcenie pedagogów poza granicami kraju powinny wystarczyć pieniądze, które już są w dyspozycji MEN.

Tomasz Robaczyński konkluduje opinię do projektu MEN stwierdzeniem, że wszystkie skutki finansowe reformy, które obciążają budżet państwa, powinny „zostać poniesione w ramach budżetów właściwych dysponentów, bez konieczności ubiegania się o dodatkowe środki z budżetu państwa na ten cel”. A to oznacza, że na szumnie zapowiadane reformowanie zawodówek MEN nie dostanie z centralnej kasy ani jednej dodatkowej złotówki.

>>> Polecamy: Plan czy krach Morawieckiego? Polska gospodarka może daleko nie zalecieć