Nie wiem, co oni tam w tej Frondzie biorą, ale ma to, skubane, moc! Podejrzewam, że przeciętnemu człowiekowi po zażyciu tego wyrosłyby rogi, kopyta i ogon.

Tak swoją drogą, nawet jeżeli PKS na Pomorzu celowo nadał numer 666 autobusowi kursującemu na Hel, to... wielki szacun. Gościa, który wpadł na ten pomysł, szefowie spółki powinni obsypać szczerym złotem. Genialne posunięcie marketingowe, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę tegoroczną pogodę i piekielne temperatury panujące również nad morzem. Myślę, że ten łebski człowiek ma przed sobą błyskotliwą karierę. Chętnie podzielę się z nim paroma pomysłami. Na przykład w Warszawie jest klinika stomatologiczna Art Oral – myślę, że spokojnie można tamtędy puścić linię tramwajową 69. Z kolei na tablicach wjazdowych do Piekiełka pod Grójcem warto dopisać „wioska grzechu” – założę się, że ludzie z całej Europy będą walili drzwiami i oknami, żeby zobaczyć, co tam się wyprawia. A gdybyśmy wyszli poza granice kraju? Wodospady Lucifer Falls w stanie Nowy Jork – „Tu kąpał się Jan Chrzciciel”.

Z kolei na miejscu Frondy kontynuowałbym przyjmowanie tego, co tam ukrywają w szufladach swoich biurek, i nadal realizował misję walki z szatańskimi symbolami. Zacząłbym od wniosku o zmianę nazwy Półwysep Helski na Półwysep Jastarnienianienieński... No dobra, niech będzie Juracki. Albo Chałupniczy. Urzędy stanu cywilnego nie powinny zgadzać się na to, by rodzice nadawali nowo narodzonym dziewczynkom imię Helenka, bo inaczej dziecko będzie miało szatańskie usposobienie. Trzeba też koniecznie wytępić wszystkie kruki i wrony, które – jak głoszą okultystyczne legendy – są skrzydlatymi posłańcami zła. Koniec z używaniem smoły do łatania dziur w dachach i na drogach oraz ze śpiewaniem szant(an)ów. A, byłbym zapomniał – drodzy panowie, jak ognia wystrzegajcie się kobiet o imieniu Natasza. Dlaczego? Przeczytajcie je od tyłu. Aha, no i oczywiście trzeba zlikwidować węże ogrodowe oraz spalić wszystkie sady z jabłkami w kraju. Za bardzo kojarzą się z dramatem, jaki dawno temu rozegrał się w Raju.

Widzieliście może serial „Lucyfer” na Netflixie? Jeśli nie, to polecam wam go z – choć brzmi to obrazoburczo – czystym sumieniem. W telegraficznym skrócie: znudzony dotychczasowym życiem władca piekieł opuszcza swój dom i udaje się do Los Angeles, gdzie zostaje właścicielem luksusowego klubu nocnego. Przy okazji bawi się w detektywa i korzysta z życia pełnymi garściami. Uwielbia drogie ciuchy, drogą whisky, drogie zegarki, drogie dziewczyny i drogie samochody. Jeździ czarną corvettą cabrio z lat 60. Piękny wóz. I drogi. Tylko czemu taki stary?

Jeżeli macie do wydania na auto 700‒800 tys. zł, to aktualnie możecie przebierać w porsche, najbardziej wypasionych sportowych odmianach audi czy mercedesa, a nawet połakomić się na maseratti albo astona martina. I nieważne, na co ostatecznie się zdecydujecie – w każdym wypadku będziecie bardzo zadowoleni. Bo w gruncie rzeczy wszystkie te auta są do siebie podobne. Owszem, mają inne charaktery, osiągi, wnętrza etc., ale z technicznego punktu widzenia to po prostu cztery koła, kierownica, klasyczny silnik, stal, skóra oraz ekrany ciekłokrystaliczne. W każdym przypadku składniki są dokładnie takie same, tylko inaczej je przyrządzono i doprawiono. Jeśli natomiast macie ochotę na coś zupełnie nowego, świeżego, czego jeszcze nie było, to powinniście udać się do BMW i poprosić o i8 roadstera.

Zacznijmy od tego, że samochód ten w wersji coupe debiutował pięć lat temu, a dzisiaj wygląda, jakby... był konceptem, który ma wejść do produkcji w okolicach roku 2030. A wersja Roadster, która dopiero co wjechała na rynek, spokojnie mogłaby mieć premierę w 2035 r. Nie chodzi jednak w tym wypadku tylko o futurystyczny wygląd, ale również o technologię. Jak wiecie, nie przepadam za technicznymi niuansami i jest mi zupełnie obojętne, ile biegów ma auto, z czego wykonano łopatki w jego turbosprężarce, nie potrafię wskazać różnic między zawieszeniem wielowahaczowym a... (są w ogóle jeszcze jakieś?) i nie mam pojęcia, jak działa filtr cząstek stałych. Po prostu wsiadam do auta, jadę nim i albo mi się podoba, albo porzucam je w najbliższym rowie i wracam do domu autobusem. Jednak w przypadku i8 jest inaczej. Nie sposób nie zainteresować się tym, z czego i jak je zrobiono.

Jego kabinę w całości wykonano z włókna węglowego – sztywniejszego i znacznie lżejszego od stali. Przednie reflektory są laserowe, drzwi unoszą do góry, a podwozie pokryto specjalnym materiałem, który zwiększa przyczepność i poprawia aerodynamikę – to jedno z najbardziej opływowych aut na świecie. Wiele elementów zrobiono z odpadów (choć nie sprawiają takiego wrażenia), a skórę garbowano nie przy użyciu chemikaliów tylko naturalnego ekstraktu z liści drzewek oliwnych. Prawdziwe cuda dzieją się jednak tam, gdzie wzrok nie sięga. Samochód ma dwa silniki – elektryczny i spalinowy. Bmw nie nazywa go jednak hybrydą. I słusznie, bo tak naprawdę kombinacji, w jakich może jeździć i8, jest mnóstwo. Raptem 3,5 godziny ładowania ze zwykłego gniazdka i przejeżdżacie 50 km tylko na prądzie. Możecie też korzystać z obu motorów naraz, a wówczas macie do dyspozycji 374 konie, które do setki rozpędzają was w 4,6 sekundy i maksymalnie do 250 km/h. Inna opcja? Jedziecie na silniku spalinowym, a wówczas ładują się akumulatory jednostki elektrycznej. Sam motor benzynowy to też nie byle co – ma 231 koni, ale tylko 1,5 litra pojemności i... trzy cylindry. Ale brzmią, jakby było ich dwa razy więcej. I umieszczono je zaraz za kabiną pasażerską. Nisko, co znakomicie wyważyło auto.

Wszystko to wygląda tak, jakby syn kogoś z zarządu BMW musiał odrobić pracę domową z plastyki pt. „Transport przyszłości”. Po szkole wrócił do willi na przedmieściach Monachium i poprosił o pomoc tatusia. Ten zadzwonił do paru swoich inżynierów i nakazał im przygotowanie czegoś, po czym nauczycielka małego Hansa zejdzie na zawał. Tak powstało i8. I okazało się tak dobre i wyjątkowe, że BMW zdecydowało się uruchomić jego seryjną produkcję. To auto jest jak kuchnia molekularna w świecie bigosu, pizzy i McDonald'sa – to nowe spojrzenie na motoryzację. Choć nie każdym się ono spodoba.

Gdy ktoś kupuje dwuosobowego Roadstera czy coupe za 600‒700 tys. zł, to może oczekiwać, że będzie to rasowe auto sportowe. A i8 takie nie jest. Owszem, jest szybkie, prowadzi się więcej niż dobrze, czuć, że jest doskonale wyważone, ma rewelacyjne hamulce, potrafi zarzucić tyłem itp. Ale brakuje tu jednego – emocji. To nie jest auto na tor, do upalania, upadlania i produkowania adrenaliny. Jest na to za grzeczne. Ma za łagodny charakter. Ale z drugiej strony, gdy idziemy do knajpy serwującej kuchnię molekularną, to przecież nie po to, żeby rywalizować z facetem przy stoliku obok w konkurencji „kto pierwszy wciągnie zupę dyniową z ciekłym azotem i makaronem z zielonej herbaty”. Chcemy się delektować, zjeść coś wyjątkowego, posmakować nie tylko żywności, ale też nauki i móc potem opowiadać o wrażeniach – i z tej roli i8 Roadster wywiązuje się rewelacyjnie. Tak rewelacyjnie, że śmiało mogę wyznać: wierzę, że motoryzacja ma przed sobą przyszłość, w której będzie miejsce na wyjątkowe, ciekawe, dające frajdę samochody. A obecna technologia może już iść do diabła. Wsadzimy ją w autobus linii 666 i wywieziemy na Hel.

>>> Czytaj też: Bąk: Szczęśliwe zakończenie u Christiana Greya [MOTOFELIETON]