O pogrzebie przyjęło się mówić „pożegnanie” i „ostatnia droga”. W przypadku Kory uroczystość, która odbędzie się 8 sierpnia na warszawskich Powązkach, będzie miała charakter symboliczny. Bo nikt z nas, ludzi, którzy kochali twórczość Kory, nie wyobraża sobie, by na zawsze móc ją pożegnać. W polskiej muzyce, ale i szerzej patrząc – w naszej kulturze, a także obyczajowości – nie było w ostatnich latach drugiej takiej osobowości, która potrafiła samą swą obecnością wywierać tak silny wpływ na życie społeczne i kulturę. Zawsze mówiła w sposób wyrazisty, bez chodzenia na skróty, bez szukania słów, które być może kogoś mniej urażą. „Kto nie korzysta z kultury, ten jest szkodnik i nie ma prawa żyć”, powiedziała, odbierając w 2016 r. Złotego Fryderyka za całokształt twórczości.

Kora, czyli Olga Aleksandra Sipowicz, zmarła 28 lipca, we wczesny sobotni poranek na ukochanym przez siebie Roztoczu. W ciągu kilkudziesięciu minut od jej śmierci na Twitterze jej pamięć uczcili Lech Wałęsa, prezydent Andrzej Duda czy przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Ludzie, którzy z nią rozmawiali, mówili o jej magicznym wpływie. Marek Niedźwiecki, który Korę uwielbiał (a nawet, jak sam przyznawał, podkochiwał się w niej), na antenie radiowej rozmawiał z nią około 40 razy. Mimo to, będąc przecież jednym z najbardziej doświadczonych dziennikarzy radiowych w Polsce, za każdym razem odczuwał tremę, pewnego rodzaju skrępowanie wynikające z rozmowy z postacią tego formatu. A także strach. „Ja zawsze chciałem rozmawiać z Korą o muzyce, ale jej nie dało się zatrzymać” – wspominał na antenie TVN24, dodając, że jeśli chciała, jasno wyrażała zdanie w sprawach politycznych czy społecznych (choćby na temat używek). A wtedy audycja zwykle wymykała się spod kontroli.

Jak bardzo poglądy Kory były niektórym solą w oku, niech świadczy reakcja najbliższych po śmierci. „Ktoś propaguje wieści, że Kora w szpitalu wzięła ostatnie namaszczenie. Raz, że nie była w szpitalu, dwa, że nigdy nie wzięłaby ostatnich namaszczeń, nigdy nie pozwoliłaby na obecność przypadkowych księży wokół siebie. Mało było spraw równie jej obcych, jak religia katolicka z jej »urzędnikami«, sztywnymi rytuałami, coraz większą hipokryzją i zbrodniami pedofilii. Sama była ich ofiarą. Nie znosiła Kościoła katolickiego jako instytucji. Może myślała o jakiejś Transcendencji, bo na Transcendencję, jako osoba uduchowiona, była bardzo wrażliwa, ale na pewno nie w wydaniu panów w czarnych sukienkach, którzy nienawidzą wszystkiego, co naturalne i wolne, a którzy dziś (poza nielicznymi wyjątkami) dorzynają demokrację wraz z PiS-em, licząc, że upasą się na nowym dyktatorskim reżimie” – napisała w emocjonalnym wpisie na Facebooku jej przyjaciółka, prof. Magdalena Środa.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP