Niestety, nie jest to takie proste. Škoda się na mnie obraziła, bo jako jedyny w Polsce, a może i na całym świecie, ośmieliłem się skrytykować Octavię. Renault i Dacia nie odpisują na moje e-maile, Opel nie odbiera telefonów, a Fiat boi się dać mi Tipo, myśląc pewnie, że porzucę go w rzece. Z kolei Volkswagen nie robi już tanich aut. Dobre i niedrogie samochody mają w ofercie Kia i Hyundai, ale przecież nie będę co tydzień pisał o Rio albo i20. Bardzo dawno nie jeździłem też żadną nową toyotą. Pewnie dlatego, że obecnie nie ma czegoś takiego, jak nowa toyota, a na Camry i kolejną generację Aurisa trzeba jeszcze chwilę poczekać. Sami więc widzicie, że wszyscy rzucają mi kłody pod nogi.

Inna sprawa, że moja opinia na temat danej marki czy modelu nie ma dla was kompletnie żadnego znaczenia. Jestem o tym święcie przekonany i mam na to dowody. Pół roku temu pan Paweł zapytał mnie w e-mailu, czy warto kupić Nissana Juke’a. Odpisałem mu szczerze, że znam dużo przyjemniejsze, a przede wszystkim ładniejsze sposoby na sprzeniewierzenie 70 tys. zł. Wiecie, co zrobił? Kupił Nissana Juke’a. Kilka tygodni później panią Jolę zastanawiało to, jakie auto do miasta polecam, więc z czystym sumieniem odpisałem, że powinna sobie sprawić Hyundaia i20. Wiecie, co zrobiła? Poszła do salonu Hondy i wyjechała z niego Jazzem. Bo jej się logo pomyliło, poza tym pan sprzedawca był taki miły, miał ciekawy krawat i ładnie pachniał. To trochę jak wybrać się do spożywczego po bułki, a wrócić do domu z zestawem guzików z pasmanterii.

Znam naprawdę mnóstwo ludzi, którzy ostatecznie kupili zupełnie co innego, niż im doradzałem. Dziś są bardzo zadowoleni ze swoich decyzji i tego, że mnie nie posłuchali. I kompletnie im się nie dziwię. Szczerze mówiąc, na ich miejscu postąpiłbym tak samo. Bo mając możliwość jeżdżenia wieloma autami, podchodzę do nich bardzo emocjonalnie – oczekuję, że powalą mnie na kolana, a endorfiny będą rozsadzały mi czaszkę od środka przy każdym wciśnięciu gazu. Ale gdybym sam stanął przez koniecznością kupienia normalnego, pojemnego i ekonomicznego auta do jazdy na co dzień to niewykluczone, że byłaby to Škoda Octavia. Albo Nissan Juke. Choć najprędzej zdecydowałbym się na Kię Optimę. Tak naprawdę mogłoby to być każde auto, oprócz jednego – Mitsubishi Eclipse Cross.

Jakiś czas temu byłem na prezentacji tego modelu w Hiszpanii i po powrocie nie zająknąłem się na jego temat ani słowem. Nie chciałem sprawiać przykrości sympatycznym ludziom z Mitsubishi, którzy mnie tam zaprosili. Gdy już wymazałem wspomnienia z jazdy tym samochodem z pamięci i myślałem, że ujedzie mi to na sucho, Mitsubishi sobie o mnie przypomniało. I umówiło na test. Mógłbym w tym miejscu napisać – tak jak wielu kolegów z branży – że Eclipse Cross jest przestronny, ciekawie zaprojektowany, interesujący, wygodny etc. I na tym poprzestać. Prawda jednak jest taka, że na tle swoich bezpośrednich konkurentów jest – mówiąc dyplomatycznie – nieudany.

Nawiewy wentylacji świszczą, jakby w ich wnętrzu jakiś dowcipniś celowo zamontował gwizdki, wnętrze jest wykonane z tandetnych i miejscami trzeszczących plastików, przyciski do ogrzewania foteli żywcem przeszczepiono z Forda T, a system multimedialny zaprojektował człowiek, który zatrzymał się w technologicznym rozwoju na etapie Tetrisa – wystający z deski ekran jest mały, ma grafikę jak Telegazeta i dodatkowo reaguje na dotyk z dużym opóźnieniem. Chyba na pięć minut przed debiutem auta dostrzegli to sami Japończycy, bo postanowili na szybko stworzyć jeszcze fizyczne przyciski do obsługi multimediów – umieścili je koło skrzyni biegów. Na płytce, która wygląda tak, jakbyście dokleili ją sobie sami, w zaciszu własnego garażu.

Niestety, złych informacji jest więcej. Zakres regulacji kierownicy jest tak mały, a fotel umieszczony tak wysoko, że wygodnie wam będzie wyłącznie pod warunkiem, że jesteście szympansem. Wtedy jednak nie dosięgniecie nogami do pedałów. Fotele nie oferują absolutnie żadnego podparcia bocznego, co – biorąc pod uwagę to, że samochód przechyla się równie chętnie co rowerzysta z 4 promilami we krwi – grozi tym, że wjedziecie w zakręt, siedząc na miejscu kierowcy, a wyjdziecie z niego na miejscu pasażera. Albo w bagażniku. Jeśli natomiast chodzi o układ kierowniczy, to… chyba nie ma tu czegoś takiego. Kręcicie kołem kierownicy, niby czujecie, że auto zmienia kierunek, ale jednocześnie macie wrażenie, że dzieje się to kompletnie niezależnie od was. Odważyłem się rozpędzić Eclipse Crossem do 160 km/h i to był absolutny szczyt możliwości tego auta, przynajmniej jeśli chodzi o zawieszenie i układ kierowniczy.

Na szczęście o samym silniku mogę powiedzieć trochę dobrego – nowa 1,5-litrowa jednostka produkuje dość żwawe 163 konie, jest elastyczna, przyjemnie brzmi. I to by było na tyle. Problem polega na tym, że pije łapczywie jak wielbłąd, który dorwał się do wodopoju po miesięcznej wędrówce przez Saharę. Gdy naprawdę bardzo, bardzo delikatnie obchodziłem się z pedałem gazu, spalanie wynosiło 8 litrów. Przy zupełnie normalnej jeździe było to 10 litrów, a przy dynamicznej 13–14. Kilka dni wcześniej identyczne wyniki przy podobnym stylu jazdy osiągałem w… 450-konnym Porsche 911 4GTS. Nie żartuję.

Chciałem jeszcze napisać parę słów o bezstopniowej skrzyni biegów, ale to już naprawdę byłoby kopanie leżącego. Spróbuję zatem znaleźć w tym aucie parę zalet. Na tylnej kanapie jest naprawdę dużo miejsca, i to dla trzech osób, napęd na cztery koła – jak to u Mitsubishi – działa zapewne bardzo sprawnie. Samochód produkowany jest w Japonii, co wróży dużą niezawodność i trwałość. No i jest naprawdę bardzo dobrze wyciszony – na autostradzie nie słychać ani silnika, ani szumów powietrza. I to by było na tyle dobrego. To już wszystko. Naprawdę.

Prezentując to auto kilka miesięcy temu, Mitsubishi mówiło, że to będzie game changer (czyli zmieniający zasady gry). Nie wiem, w co dokładnie gra Mitsubishi, ale wydaje mi się, że postanowiło po prostu spróbować ograć europejskich klientów. Tu, na Starym Kontynencie, za 100–150 tys. zł można kupić naprawdę dobry, kompetentny w każdej dziedzinie samochód, który ma wszystkie trzy zalety Eclipse Crossa i nie ma żadnej z jego stu wad. Mam świadomość, że po tych słowach Kinga z Mitsubishi może już nigdy się do mnie nie odezwać (i będzie mi z tego powodu niezmiernie przykro), ale muszę być lojalny i szczery przede wszystkim względem was, czytelników – tak więc Eclipse Cross to najgorsze auto, jakim jeździłem od czasu Mitsubishi Space Stara.

Wiecie, co jest jednak najlepsze? Że koledze, któremu je pożyczyłem na jeden dzień, tak się spodobało, że poważnie zastanawia się nad jego kupnem. Mam zatem do was jedną prośbę: zapomnijcie o tym, co przed chwilą napisałem, idźcie do salonu Mitsubishi, poproście o jazdę próbną i sami oceńcie to auto. A potem dopłaćcie raptem 4 tys. zł i wróćcie do domu Outlanderem. Większym i lepszym pod absolutnie każdym względem.

>>> Czytaj też: BMW i8 Roadster. Tak gotują w piekle [MOTOFELIETON]