Kiedy spotkał pan po raz pierwszy „innego”, który stanął na drodze polskiej demokracji?

Którego „innego” ma pan na myśli?

Charakteryzowały go lenistwo, wyuczona bezradność i roszczeniowość.

„Innego” wykreowanego przez adwokatów neoliberalnego porządku jako antywzoru nowoczesnego człowieka?

Tak.

W połowie lat 90., kiedy prowadziłem badania społeczności w wielkopolskiej wsi. Spędziłem pół roku na obserwowaniu codziennego życia i na rozmowach z byłymi pracownikami PGR-ów, rolnikami, robotnikami, miejscową inteligencją. Przekonałem się wtedy, jak żyją ludzie, o których mówiono, że są przeszkodą dla procesu demokratycznych i ekonomicznych przemian. Na początku przeżyłem szok, bo w wielu odwiedzanych przeze mnie domach ludzie powtarzali, że za komuny żyło im się lepiej. Zaraz potem część dodawała, że najchętniej powiesiliby Leszka Balcerowicza. Starałem się zrozumieć, jak mogli tak myśleć w momencie, kiedy realizowały się marzenia o naszym powrocie do Europy. Okazało się, że wielu z nich zostało wpędzonych przez terapię szokową w pułapkę kredytową. Zacząłem rozumieć, że rzeczywistość społeczna nie jest tak oczywista.

Co pan dostrzegł?

Uświadamiałem sobie, jak krzywdzący był dyskurs na temat tych, którzy zdaniem elit nie radzili sobie w nowej rzeczywistości. Upatrywał on przyczyn niezadowolenia społecznego w ich jakoby wyuczonej bezradności. Zignorowano zupełnie jak skomplikowane było położenie tysięcy ludzi pozbawionych pracy, uwięzionych, jak to się wtedy określało, w brudnych i rozpijaczonych PGR-ach. Konkluzją tego typu myślenia było twierdzenie, że ci ludzie nie dają sobie rady, bo są skażeni sowiecką mentalnością. Uznano, że są żywymi skamielinami poprzedniej epoki. Pozbawiano ich mocy działania i zmieniania siebie i świata wokół nich, a to nieprawda, ponieważ oni wypracowali swoje sposoby radzenia sobie z sytuacją.

Wcześniej pan tego nie widział?

I tak, i nie. Proszę pamiętać, jak nieskomplikowany był dominujący wówczas obraz rzeczywistości. To był czas, kiedy znaczna część nadającego ton debacie publicznej społeczeństwa entuzjastycznie odnosiła się do zachodzących przemian. Sam byłem ich zwolennikiem, nie mając pojęcia o tym, jakie mogą one nieść ze sobą konsekwencje. Pamiętam swoje reakcje, kiedy antropolodzy z Zachodu ostrzegali, że tak gwałtowne i głębokie zmiany wpędzą w niepewność całe grupy społeczne. Irytowało mnie ich niezrozumienie opresyjności systemu komunistycznego i mocy naszego pragnienia życia w świecie podobnym do ich własnego. Czytając ich prace, zacząłem sobie uświadamiać, jak niewiele można zrozumieć z przemian społecznych i politycznych, posługując się czernią i bielą.

Jaki obraz się z tego wyłaniał?

W kreacjach grup nieudaczników te dwie barwy miały nie tylko symboliczny, lecz i polityczny wymiar. Pozwalały odróżnić człowieka nowoczesnego, który stanowił jeden z fundamentów demokracji i wydajnej ekonomii, od człowieka postkomunistycznego z jego zniewolonym umysłem, który symbolizował odchodzący świat i wszystko to, co należało odrzucić. Wyidealizowano nowy porządek i pozbawiono jakichkolwiek zalet stary. Z jednej strony cywilizacja, postęp, młodość, wielobarwność, optymizm, a z drugiej – barbarzyństwo, zacofanie, starość, szarość, frustracja. W takich okolicznościach tworzono „innych”, którzy nie pasowali do neoliberalnego schematu. I byli oskarżani o powodowanie kłopotów w prowadzaniu reform ekonomicznych i utrudnianie wysiłku zdolnych i zmotywowanych obywateli, którzy byli powołani do budowy demokracji i wdrażania kapitalizmu.

Jak reagowano na zachowania takich sprawiających problemy obywateli?

Gdy wychodzili na ulice protestować robotnicy i rolnicy, to pierwszą reakcją elit były twierdzenia o ich roszczeniowości, lenistwie, niezrozumieniu błogosławieństwa, jakie przyniosą reformy, a także o wyuczonej bezradności.


Nie próbowano zrozumieć, w jakiej znaleźli się sytuacji?

W tym czasie robotnicy, rolnicy oraz mieszkańcy wsi przestali istnieć w debacie publicznej. Zaliczono ich do kategorii ludzi zbędnych, którzy zostali tak zdemoralizowani przez życie i pracę w PRL, że już do końca swoich dni będą stanowić dla demokracji wolnorynkowej kulę u nogi. Takie proste, wulgarne myślenie niosło ze sobą poważne konsekwencje społeczne. Entuzjaści nowego porządku wrzucili wszystkich „innych” do worka z napisem homo sovieticus i – przynajmniej w symbolicznej narracji o tworzonym świecie – wykluczyli z nowoczesnego społeczeństwa.

A kim byli ci entuzjaści nowego porządku?

Byli to wygrani transformacji, którym powierzono przebudowę społeczeństwa i systemu gospodarczego. Zaliczono do nich osoby rozumiejące i wcielające w życie pojęcia takie, jak kreatywność, innowacja czy mobilność. Mieli to być ludzie wykształceni, klasa średnia, którą na siłę kreowano jako realny twór w dyskursach polityków i uczonych. Obejmować miała niemal wszystkich, od samozatrudnionych fryzjerek i elektryków, przez ludzi akademii, po bankierów.

Jaki był ich stosunek do „innych”?

Mówili językiem zasłyszanym z mediów. „Inni” byli dla nich prymitywni, leniwi, zacofani. Byli pasożytami, którzy umieją tylko kraść i wyciągać rękę po kuroniówkę. Zrzucono na nich winę za to, że nie wszystko poszło, jak wymarzyli sobie architekci transformacji. Silnie zakorzenione było przekonanie, że sami sobie przysporzyli takich problemów, jak np. bezrobocie i bieda. Obwiniano ofiary. Takie wulgarne myślenie niosło ze sobą poważne konsekwencje społeczne. Straciliśmy z oczu ludzi, którzy codzienne zmagają się z rzeczywistością. Zresztą dziś wiele osób myśli podobnie.

Jak zachowywali się wówczas „inni”? Czy próbowali się jakoś bronić?

Strajkowali i blokowali drogi, lecz ten sprzeciw tylko utrwalał ich wyobrażenie jako innych. Mówiono: protestują przeciw kapitalistycznej normalności. W odpowiedzi wykluczeni mobilizowali się w oporze, kierując przy tym ostrze krytyki przeciw elitom nowego porządku.

W 2005 r. obserwowaliśmy w Polsce kampanię wyborczą, podczas której część elektoratu określona została przez stronę przeciwną mianem moherowych beretów. Czy można powiedzieć, że moherowe berety stanowiły kolejną wersję „innych” z początku lat 90.?

Metafora moherowych beretów zaczęła zastępować figurę homo sovieticusa, której moc kreowania podziałów społecznych stopniowo się wyczerpywała. Od początku kategoria „moherów” miała nie tylko konotacje religijno-polityczne, bo u jej podstaw trwało przekonanie o istnieniu zacofanych warstw społeczeństwa, niezdolnych do życia we współczesnym świecie. Stworzenie moherowych beretów okazało się w dłuższej perspektywie pomocne w ich samookreśleniu.

To znaczy?

Przesunięto akcent z dziedzictwa komunizmu na dziedzictwo obskuranckiego, antyeuropejskiego katolicyzmu. Tym razem stygmatyzowano nie setki tysięcy, a miliony ludzi, najczęściej starszych i z prowincji, jako mentalnie zapóźnionych i niepasujących do nowoczesnego państwa europejskiego.

Czyli praktyka podobna do tej, którą obserwowaliśmy na początku lat 90.?

Mechanizm był ten sam: zacofani zostali przeciwstawieni nowoczesnym. W walce o władzę kreowano „innych”, którym odmawiano jakiejkolwiek racji, dyskredytowano i symbolicznie poniżano. Konsekwentne budowanie antagonizmów między grupami społecznymi, pokoleniami i regionami, upolitycznienie nierówności społecznych wyrażanych w wartościujących terminach, wzmocniło ten proces na niespotykaną dotychczas skalę.

Dzisiaj znaczna ich część głosuje na PiS. Co można powiedzieć o wyborach politycznych „innych”?

Pozytywna reakcja „innych” wobec PiS nie jest specjalnie zaskakująca w sytuacji, w której przez ćwierćwiecze przedstawiciele dzisiejszego elektoratu tej partii słyszeli, że są nieudacznikami i nie nadają się do życia w nowoczesności. Ci ludzie mieli swoją wersję wydarzeń i dziejącej się historii oraz tego, co ich spotkało, mimo że cały czas próbowano im wmówić, iż ich myśli i odczucia są nieważne. Emocje i zadawnione rany dały o sobie znać, gdy pojawiły się siły polityczne, które zwróciły się do nich słowami: „To wy jesteście solą tej ziemi i jej suwerenem”.

Pozyskiwanie sympatii grup, o których można powiedzieć, że były przez wiele lat symbolicznie marginalizowane, przebiega według jasno określonych reguł? Gdy sobie przypomnimy Samoobronę Andrzeja Leppera, to zauważymy pewne podobieństwa z PiS.

Samoobrona była partią socjalnego buntu, lecz jej idee nie były tak bardzo podszyte nutą nacjonalizmu jak ideologia PiS. Odwołania do godności stanowią tylko część dzisiejszej oferty skierowanej do ludzi dotąd marginalizowanych. W programie politycznym PiS znaczna część przekazu odwołuje się do haseł odnowy wspólnoty narodowej, której rdzeniem są właśnie przeciętni zjadacze chleba, nie elity i „dziwacy” w rodzaju innowierców, wegetarian, cyklistów i feministek. Łączy się to z oporem wobec globalizacji czy europeizacji, które tej ludowej wspólnocie zagrażają. Dotychczasowi „inni” doszli do głosu i zaczęli kreować własnych „innych” – w tej nowej konstelacji akcent jest położony na naród. To przemawia do ludzi, którzy byli symbolicznie zdegradowani, ale też dosłownie wykluczeni, bo np. nie mogli skorzystać z efektów modernizacji. Co z tego, że zbudowano autostradę, skoro nie wszystkich było stać, żeby po niej jeździć. Tym, których przez lata etykietowano jako homo sovieticus i moherowe berety, powiedziano: „Jesteście Polakami, reszta wam zagraża, lecz obronimy się i damy radę, trzymając się razem”.

Kto należy do tej reszty?

Teraz poręcznymi ofiarami tego rodzaju myślenia stali się imigranci. Ale mogą nimi zostać też ci, którzy nie przystają do obrazu narodu tworzonego przez wyznających te same poglądy na temat religii, kultury narodowej, żołnierzy wyklętych i wielu innych kwestii. Wystarczy, że nie zgadzasz się z obecnością religii w szkole albo nie podoba ci się projekt zaostrzenia ustawy przeciw aborcji i zostajesz nazwany wrażym lewakiem. Podobnie jak kiedyś stygmatyzowano wrogów demokracji wolnorynkowej i zachodniej cywilizacji jako „innych”, tak teraz kreuje się wrogów narodu polskiego.

Obserwujemy zemstę „innych”?

W jakimś sensie obserwujemy moment wyrównania rachunków.

Jesteśmy jako społeczeństwo zawsze skazani na złych „innych”?

W kreowaniu „innego” na różnych poziomach naszego codziennego życia nie ma nic szczególnego, to powszechny fenomen. Klasyfikujemy każdego dnia setki osób, które chociażby mijamy na ulicy, kiedy widzimy mężczyzn w sutannach bądź w dresach, kobiety w habitach, motorniczego w tramwaju, policjanta lub żebrzącego na chodniku. Jednak to, że się różnimy, nie powinno wywoływać w żadnym nas poczucia wyższości. Niestety dostrzegana przez nas odmienność zawsze wykazuje tendencję przekształcania się w hierarchię, która wynika z przekonań tkwiących w naszej kulturze. Sięgamy wtedy do stereotypów, które są uruchamiane w wymyślanych kategoriach, takich jak ciemny lud, homo sovieticus, moherowe berety, wrogowie narodu, lewactwo czy ideolożki gender.

Wszystko to dzieje się przy nieustannie odtwarzanym podziale na oświeconych i ciemnogród.

Społeczna rzeczywistość stanowi skomplikowaną sieć powiązań i zależności, dlatego debata publiczna nie powinna sprowadzać się do powtarzanego bezrefleksyjnie refrenu o oświeconych i ciemniakach czy o patriotach i kosmopolitach. Bezustanne kreowanie „innego” przybiera różne postacie. W dzisiejszej grze politycznej narastająca polaryzacja społeczna i polityczna sprzyja temu, żeby w tworzeniu wspólnoty sięgać do figury „obcego”, który tym razem ucieleśniony jest przez uchodźców. Cyniczne odwoływanie się do tych wykreowanych ostatnio resentymentów po prostu się opłaca, bo pomaga zepchnąć do defensywy przeciwników politycznych.

Homo sovieticus oddalał nas od wyobrażonego zachodu, moherowe berety zagrażały demokratycznej ciągłości, a jak wygląda proces kreowania „innego”, którym jest uchodźca?

Interesujące w tym kontekście jest to, że mamy kompleksy wobec Zachodu, ale jako państwo, w którym przeważająca liczba obywateli identyfikuje się z wiarą katolicką, jesteśmy – przynajmniej nam tak się wydaje – jądrem chrześcijańskiej Europy. Stąd nawoływania do jej rechrystianizacji. Nawiasem mówiąc, również dla obojętnych religijnie lub wręcz ateistycznych ludzi na tym kontynencie nagle obrona chrześcijańskiej Europy stała się zawołaniem jednoczącym wszystkich zaniepokojonych napływem imigrantów. Najgorsze jest to, że wyrażane w języku hierarchiczne klasyfikacje stają się impulsem do konkretnych czynów, które dyskryminują rzeczywiście bądź symbolicznie „innych”. Ta dyskryminacja przejawia się np. w wykluczeniu z rynku pracy, w odmawianiu prawa do ochrony przed prześladowaniem lub fizycznej przemocy wobec „innych”, wyglądających czy myślących inaczej.

Co pan ma na myśli?

Jeżeli ja, jako prawdziwy Polak, jestem tutaj panem, to dla uchodźców nie ma tu miejsca. Jeśli już się znajdą, trzeba ich przepędzić lub pokazać im właściwe miejsce.

A co jeśli temat uchodźców się wypali i nie będzie kogo przepędzać?

Taki scenariusz jest możliwy, ale proszę pamiętać jak duże są możliwości kreowania „innego” przez grupy interesów – one wydają się niewyczerpane, a zapotrzebowanie polityczne na to nie zaniknie. Zawsze można „innych” szybko wykreować, sięgając przy tym do drzemiących w świadomości i pamięci zbiorowej stereotypów. Do 2015 r. nikt nie myślał, że uchodźcy będą symbolem obcości. Wojny gdzieś tam się toczyły, ale to nie był nasz problem. A dzisiaj wielu ludzi kupuje opowieść o zagrażających naszej cywilizacji i niebezpiecznych uchodźcach. Dzięki medialnym zabiegom lęki wyobrażone jawią się ludziom jako realne. W polskim przypadku pomocny jest mit państwa frontowego, według którego przez wieki broniliśmy Europy przed najazdem barbarzyńskich muzułmanów, hord mongolskich i bolszewickich. Wyobrażenie to jest tak silne, że wybrano ugrupowanie, które widząc potencjał mitu, mówi o potrzebie powstrzymania obcych. Broniąc tożsamości narodowej i chrześcijańskiej Europy, posługujemy się pojęciem kultury wyobrażanej jako zbiór niezmiennych cech. Tymczasem kultura jest procesem.

Twierdzi pan, że rasizm społeczny przerodził się dziś w rasizm kulturowy. Co to znaczy?

Kiedyś za pomocą rasy tłumaczono nierówności i sankcjonowano kolonializm czy Holokaust. Dziś to ideologia zdyskredytowana. Inaczej jest z kulturą, którą uważa się za coś dobrego i do czego prawo ma każdy. I dobrze, lecz nacjonaliści twierdzić będą, że lepiej jeśli kultury się nie mieszają, zaś ksenofobi, że kultury są sobie wrogie. Tworzenie hierarchii kultur jest zatem formą nowego rasizmu, sankcjonuje dyskryminację innych grup. Od siebie dodam, że zjawiska widziane jako konflikty kulturowe mają często podłoże klasowe. Niepewność pracy, umowy śmieciowe, wymóg mobilności czy postępujący rozkład klasy średniej skłaniają do poszukiwania pewników i wymagają racjonalizacji. Obcy czy imigranci stają się najłatwiejszym wytłumaczeniem, kozłami ofiarnymi systemu neoliberalnego, który taką niepewną kondycję społeczeństw Zachodu generuje.

To w końcu jesteśmy ksenofobami i rasistami, czy nimi nie jesteśmy?

Zdecydowanie nie jesteśmy społeczeństwem radykalnych rasistów. Histeria wobec obcych została rozbudzona przez media. W retoryce politycznej uaktywniono pokłady wrogości wobec wszystkiego, co inne, dziś w szczególności nowych „innych”. Ale głębokich przyczyn takich postaw należy szukać w formie kapitalizmu, jaki mamy. Uzasadniona w wielu punktach krytyka neoliberalizmu ekonomicznego, który degradował całe grupy społeczne, nie zmieniła radykalnie sytuacji. Kryzys społeczny został użyty jako trampolina do krytyki liberalizmu światopoglądowego i kwestionowania zachodniej demokracji.

Z tego, co pan mówi, wynika, że w historycznym procesie zmian społecznych i politycznych jednym z zasadniczych elementów było tworzenie „innego”, który zagrażał demokracji, nowoczesności, wolnemu rynkowi, narodowi i chrześcijańskiej Europie.

Tworzenie „innego” przebiega zawsze na różnych poziomach, od lokalnych społeczności, po wspólnoty narodowe, a na globalnych różnicach kończąc. Trud odkrywania mechanizmów procesu przekuwania się zróżnicowania w hierarchiczne nierówności w walce o wpływy i bogactwo nigdy się nie kończy. W przypadku Polski można powiedzieć, że jako „innych” najpierw wykreowano grupy jakoby niezdolne do odnalezienia się w kapitalizmie, a następnie grupy zacofane kulturowo. Obecnie, sięgając do wyobrażeń na temat orientalnych „innych”, zagrażających naszej tożsamości, wewnętrznymi „innymi” obwołano niedawne elity oraz wszystkich tych, którzy jakoby nie wpisują się w homogeniczny twór zwany prawdziwym polskim patriotą. Elity, lewacy, proeuropejscy targowiczanie, genetycznie skażony drugi sort.

W swojej nowej książce „Czyściec. Antropologia neoliberalnego postsocjalizmu” przestrzega pan, że jako społeczeństwo zbliżamy się do piekła. Nie da się tego uniknąć?

Idea książki była taka, że inicjując zmiany w 1989 r., mieliśmy przejść z komunistycznego piekła do kapitalistycznego raju przez czyściec transformacji. Tymczasem grozi nam, iż wylądujemy w ksenofobicznym piekle, jakiego Europa już w swojej historii zaznała. Według mnie podstawowym warunkiem ucieczki przed tym piekłem jest rozpoznanie mechanizmów kreowania „innego”, a następnie wypracowanie sposobów zapobiegających tworzeniu hierarchii zbudowanej na różnicy. Pozwoli to na nowe przemyślenie wspólnoty, która nie będzie wykluczająca, lecz włączająca, w której znajdzie się miejsce dla różnego rodzaju „innych”. Dialog z „innym”, z sąsiadem, przybyszem czy innowiercą to powinność. Tylko tak poznamy jego położenie i poglądy. Zasada ta dotyczy wszystkich podziałów ekonomicznych, kulturowych czy politycznych. Nie ma Polski A i B, ludzi lepszego i gorszego sortu. Zintegrowane społeczeństwo wyrasta z trudu aktywnego przeciwdziałania podziałom, a nie tworzenia hierarchizujących ludzi klasyfikacji.

>>> Czytaj też: American dream po polsku. "Amazon to jeden z najgorszych dużych pracodawców w Polsce"