W szeregi Platformy Obywatelskiej wkrada się nerwowa atmosfera. Powodem jest brak zainteresowania udziałem w akcji Wolontariusze Wolnych Wyborów (WWW).

Jej start ogłoszono w połowie czerwca na kilku konferencjach regionalnych. Wówczas w rozmowach z DGP politycy PO twierdzili, że zgłosiło się około tysiąca osób. Rekrutacja kandydatów do pilnowania w czynie społecznym wyborów trwa już od 12 maja, gdy ulicami Warszawy przeszedł Marsz Wolności. Wtedy swój akces zgłosiło ok. 300 osób.

– Ostatnie dane mówią o 3–4 tys. osób w bazie elektronicznej. Są jeszcze zgłoszenia indywidualne – mówi nam Andrzej Halicki z PO.

Politycy Platformy nie ukrywają, że spodziewali się większego zaangażowania. Na stronie internetowej akcji WWW można przeczytać, że powstała ona „w odpowiedzi na zmiany wprowadzone w Kodeksie wyborczym”.

– Będziemy kontrolować proces wyborczy i udaremniać władzy próby wywierania wpływu czy manipulowania wynikiem wyborczym. Nie dajmy sobie odebrać wolnych wyborów w Polsce! – wynika z opublikowanej na stronie deklaracji. Akcję patronatem honorowym objął były prezydent Lech Wałęsa.

Teoretycznie do WWW poszukiwane są osoby gotowe do pracy w komisjach wyborczych, do bycia mężami zaufania czy przekazywania wyników głosowania z obwodowych komisji na terenie województwa.

Wygląda więc na to, że Platforma, nawet wsparta przez Nowoczesną w ramach Koalicji Obywatelskiej, nie będzie w stanie zbudować alternatywy dla Ruchu Kontroli Wyborów (RKW). Ten, uznawany przez część komentatorów za swoistą przybudówkę partii Jarosława Kaczyńskiego, w szczytowym momencie zgromadził 40–50 tys. członków i sympatyków.

RKW powstał na początku 2015 r. jako reakcja na budzący wiele emocji – zwłaszcza wśród polityków PiS – przebieg wyborów samorządowych w 2014 r. Chodziło o kontrowersje wokół tego, jak wyglądała karta wyborcza, czego skutkiem miał być „nienaturalnie” wysoki wynik PSL. Do tego doszła kwestia opóźnienia publikacji wyników wyborów.

Co będzie teraz z akcją WWW? Wybory samorządowe to ponad 27 tys. obwodów głosowania, chcąc oddelegować do większości z nich przynajmniej po dwóch wolontariuszy, Platforma musiałaby mieć za sobą armię ponad 50 tys. ludzi. Dlatego teraz, jak się nieoficjalnie dowiadujemy, głównym celem ma być oddelegowanie chętnych do prac w komisjach wyborczych.

– Będziemy wspomagali wolontariuszy naszą strukturą, ludźmi z Koalicji Obywatelskiej. Skorzystamy z miejsc w komisjach, które przysługują komitetom wyborczym partii politycznych [nie mniej niż 6 – red.], jak i tych, które będą przynależne innym komitetom [3 miejsca – red.] – mówi Andrzej Halicki.

Posłowie PiS nie kryją satysfakcji.

– Na razie wielu ludzi żyje czymś innym niż wyborami i na pewno okres wakacyjny miał na to wpływ. Ale to i tak nie tłumaczy tak niskiego odzewu społecznego. Być może mało kogo przekonują hasła ze strony internetowej akcji WWW, że może dojść do prób manipulowania wynikiem wyborczym – ocenia poseł PiS Jerzy Wilk.

Sugeruje, że PO może nie mieć innego wyboru, jak skierować ludzi chętnych do współpracy głównie do prac w komisjach wyborczych. – Podejrzewam, że w pierwszej kolejności tam wolontariusze będą chcieli pracować, bo wtedy przynajmniej otrzymają jakieś wynagrodzenie. Ci, którzy się nie załapią, być może pójdą na mężów zaufania – twierdzi Jerzy Wilk.

Nie tylko Platforma ma problemy ze znalezieniem chętnych do pracy przy wyborach. Wyzwania stoją też przed Krajowym Biurem Wyborczym. Choć do jesiennych elekcji zostało zaledwie 60 dni, wciąż brakuje ok. 100 z niemal 2,6 tys. wymaganych przepisami urzędników wyborczych.

Najtrudniejsza sytuacja jest w Warszawie, gdzie jeszcze wczoraj był tylko „jeden–dwóch” urzędników, podczas gdy potrzebnych jest co najmniej po jednym na dzielnicę i jeden do wykonywania zadań „ponaddzielnicowych”. Trwają intensywne poszukiwania chętnych, także wśród emerytowanych urzędników. 

>>> Czytaj także: Deficyt budżetu zaplanowany na 2019 r. to 28,5 mld zł