Zbigniew Parafianowicz w wydaniu DGP z 16 sierpnia określił spotkanie Merkel – Putin i wcześniejsze wizyty w Niemczech szefa rosyjskiego sztabu generalnego gen. Walerija Gierasimowa oraz ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa mianem „hołdu” Berlina wobec Rosji i „zdrady dyplomatycznej”, jakiej miały się dopuścić Niemcy na europejskich partnerach, w tym w szczególności na Polsce. Na koniec wyraził wątpliwość, czy gramy z Niemcami w tej samej drużynie.

Na długiej liście zarzutów zabrakło tylko sugestii, że nieuchronnie zostaniemy ofiarą kolejnego paktu Ribbentrop-Mołotow. Przyjmując taką optykę, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko załamać ręce nad stanem naszych sojuszy. W połowie lipca w Helsinkach z Putinem spotkał się przecież także prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. A Ławrow i Gierasimow poza Berlinem odwiedzili także Paryż i Jerozolimę. W 2017 r. Putin dwa razy zawitał na Węgry, a do tego, zanim przybył do Niemiec, bawił na weselu austriackiej minister spraw zagranicznych Karin Kneissl.

Zanim jednak na dobre zamkniemy się w naszej oblężonej twierdzy, łypiąc nieufnie na cały świat tylko czekający na okazję, aby nas zdradzić, spójrzmy na fakty. Spotkanie Merkel – Putin zgodnie z oczekiwaniami i zgodnie z zapowiedziami strony niemieckiej nie przyniosło żadnego przełomu politycznego. Merkel stara się balansować pomiędzy ostrzejszym kursem wobec Moskwy, jaki obrała po napaści na Ukrainę, pragmatycznym poszukiwaniem współpracy tam, gdzie to konieczne, oraz wewnętrznymi naciskami na poprawę wzajemnych relacji z Rosją ze strony premierów landowych, części biznesu i społeczeństwa, które w większości opowiada się za poluzowaniem reżimu sankcyjnego.

Być może taktyka Merkel wobec Putina jest błędna. Ale to jeszcze nie zdrada.

Z perspektywy Warszawy możemy uważać, że kluczowa rola Merkel w nałożeniu na Rosję unijnych sankcji, wysłanie Bundeswehry na Litwę w ramach wzmocnienia wschodniej flanki NATO czy przyznanie w końcu, że Nord Stream 2 to projekt polityczny i dążenie do zapewnienia Ukrainie gwarancji do tranzytu rosyjskiego gazu, to zbyt słaba reakcja na agresywną politykę Kremla. Szczególnie przypadek budowy drugiej nitki rosyjsko-niemieckiego gazociągu biegnącego po dnie Bałtyku pozostaje kością niezgody pomiędzy Polską i Niemcami oraz jednym z największych politycznych błędów kanclerz federalnej. Ale i tak na zachód od Odry ze świecą szukać polityków, których ocena działań Rosji byłaby tak bliska polskiej perspektywie, jak właśnie Angeli Merkel.

Może nam się też nie podobać, że Merkel spotyka się z Putinem. Ale nie możemy ignorować tego, że w przeciwieństwie do Polski interesy Niemiec nie ograniczają się do powstrzymywania Rosji na wschodzie Europy. Niemcom zależy m.in. na ustabilizowaniu sytuacji w Syrii, co zmniejszyłoby ryzyko wybuchu kolejnej odsłony kryzysu uchodźczego – czym między wierszami grozi Putin – i pozwoliłoby wrócić do kraju milionom uchodźców przebywających w Turcji, Libanie czy Jordanii i w mniejszym stopniu w samych Niemczech.

Merkel nie przyjęła Putina jako swojego potencjalnego strategicznego sojusznika, lecz polityka reprezentującego wrogą ideologię, odpowiedzialnego za rozpętanie wojny na Ukrainie i eskalację wojny w Syrii, starającego się za sprawą ataków hakerskich wpływać na wyniki wyborów na Zachodzie. A jednocześnie jako polityka, który w przewidywalnej przyszłości nie zniknie ze sceny politycznej i bez którego udziału trudno będzie rozwiązać przynajmniej część kryzysów – głównie dlatego, że to Putin sam je wywołał.

Na tym polega zasadnicza różnica między wizytą Putina w Niemczech i Austrii. Karin Kneissl przyjęła Putina jako gościa honorowego na swoim weselu bez tych wszystkich zastrzeżeń. Tekę ministra objęła przecież dzięki poparciu Wolnościowej Partii Austrii, skrajnie prawicowego ugrupowania, którego szef, a obecnie wicekanclerz Hans-Christian Strache, w 2016 r. podpisał z putinowską Jedną Rosją porozumienie o współpracy. Podobną umowę Jedna Rosja zawarła z także nacjonalistyczną Ligą, której lider, wicepremier Włoch Matteo Salvini, lubi paradować w koszulkach z podobizną Putina i wychwalać jego zdolności przywódcze.

Nie trzeba chyba dodawać, że wymienione partie cechuje również silny eurosceptycyzm, co przynajmniej do pewnego stopnia łączy je z rządem Prawa i Sprawiedliwości. Być może obecna taktyka Merkel wobec Putina jest błędna, ale błędna taktyka to nie zdrada. Więc zamiast oskarżać o nią Merkel, zastanówmy się lepiej, jak przełamać impas w relacjach polsko-niemieckich i sprawić, żeby polski głos był w Berlinie słyszalny bardziej niż dotychczas. ©℗