W taki sposób pewien znajomy z kręgów okołorządowych starał się wytłumaczyć mi logikę, jaka, według niego, kieruje kolejnymi nominacjami do Sądu Najwyższego. Przeszedłem nad tym zdaniem do porządku dziennego. Do omówienia i weryfikacji było wiele innych ważnych informacji. Kto idzie do jakiej spółki, czyim był człowiekiem, kto w radzie nadzorczej reprezentuje czyje interesy? Kto komu blokuje projekt, czyj pomysł cieszy się poparciem przy Nowogrodzkiej, jakie zmiany w prawie mają szanse wejść w życie w tej kadencji, a jakie poczekają na 2019 r., jaka będzie taktyka negocjacji z Unią, u kogo kupimy uzbrojenie? I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Frakcje, frakcyjki, koterie i koledzy. Jednym słowem: Polska 2018.

Cynicy powiedzą, że to nic nowego, ale to nieprawda. Sam fakt, że dopuszczamy myśl, iż Sąd Najwyższy ma zostać polem wewnątrzpartyjnych wojenek, dowodzi tylko absurdalności, do której doszliśmy jako państwo. Czas zrobić krok wstecz i spojrzeć z dystansem na rzeczywistość, w której się znaleźliśmy.

Spowszedniało nam podążanie za kolejnymi pisanymi na kolanie poprawkami do ustaw sądowych, kolejnymi głosowaniami na nocnych posiedzeniach, kolejnymi „przyspieszeniami” obrad niezależnych podobno organów konstytucyjnych, telewizyjnymi wywiadami, w których rozstrzyga się o zgodności ustaw z ustawą zasadniczą. Warto jasno powiedzieć – to, co dzieje się na naszych oczach, to nie jest normalność, to niszczenie państwa i jego instytucji.

Jestem ostatnią osobą, która kwestionowałaby konieczność przeprowadzenia prawdziwej reformy wymiaru sprawiedliwości. Przeprowadziłem setki wywiadów z przedsiębiorcami i rozmów ze zwykłymi ludźmi i wiem, jak bardzo potrzebowali oni sprawnego wymiaru sprawiedliwości, jak bardzo brakowało im pewności obrotu i gwarancji niezależności. Ale to, z czym mamy do czynienia obecnie, jest karykaturą tych reform.

Zwalanie winy za obecny stan rzeczy na sądy czy na opozycję, ciągłe skandowanie o „ulicy i zagranicy” są absurdem. Przecież pierwszy raz od 1989 r. jedna formacja polityczna ma samodzielną większość w Sejmie, Senacie, kontroluje władzę wykonawczą, a nawet Narodowy Bank Polski. Nikt wcześniej nie miał takiej władzy. To obecna ekipa ponosi polityczną odpowiedzialność za to, w którym miejscu się znaleźliśmy. To pozostający w nieustannym cieniu minister Zbigniew Ziobro serwuje nam od prawie trzech lat ten spektakl, w którym my, obywatele, jesteśmy zakładnikami walki o to, kto będzie przyszłym liderem polskiej prawicy.

W 2015 r. wyborcze zwycięstwo dało hasło naprawy państwa. Zamiast tego mamy zakupy statków, do których nie dochodzi, bo trzeba odegrać się na partyjnym rywalu. Zamiast podnoszenia autorytetu państwa mamy kompromitacje przy ustawie o IPN, przy której znów ktoś komuś czegoś nie powiedział. Zamiast telewizji publicznej mamy telewizję jednego widza. Zamiast polityki europejskiej mamy wojnę z Komisją Europejską i być może z Trybunałem Sprawiedliwości UE. Wojnę, w której trwa wyścig o to, kto się popisze większą twardością.

Tak się nie tylko nie da reformować Polski. W dłuższej perspektywie tak się nie da nawet rządzić. 

>>> Polecamy: Czy prezydent zmieni skład Izby Dyscyplinarnej