Specjalny raport sądowy ujawnił, że w ciągu ostatnich siedmiu dekad w sześciu parafiach w stanie Pensylwania trzystu księży pedofili skrzywdziło ponad tysiąc dzieci. Jak pan zareagował na kolejną odsłonę skandalu pedofilskiego w amerykańskim Kościele katolickim?

Poczułem, jak wszyscy, szok, ból, niedowierzanie. I gniew. Mieliśmy nadzieję, że środki zaradcze, które hierarchowie wprowadzili po ujawnieniu afery w Bostonie 16 lat temu, sprawiły, że ten jakże dramatyczny epizod w historii Kościoła mamy za sobą. Dlatego raport dotyczący Pensylwanii uderza z taką mocą. Po pierwsze – choć większość spraw może ulec przedawnieniu, bo doszło do nich przed laty, to jednak opisuje też wydarzenia, które wydarzyły się niedawno. A to oznacza, że proceder seksualnego wykorzystywania dzieci w Kościele trwa w najlepsze. Po drugie – podane liczby są przerażająco wielkie. Uprzytamniają nam, że skala problemu jest dużo większa, niż nam się kiedykolwiek wydawało.

A czy wnioski zapisane w raporcie nie są dowodem na to, że władze Kościoła katolickiego nie zmieniły swojej postawy?

Tak. I to jest chyba najtrudniejsze do zaakceptowania. Okazało się, że ochrona instytucji – w tym poprzez tuszowanie przestępstw – wciąż jest dla hierarchów ważniejsza niż dobro wiernych. Dlatego czuję takie wielkie rozczarowanie i gorycz. Trudno czuć się inaczej, gdy ma się świadomość, że zostało się oszukanym. Po skandalu w Bostonie tyle miało się zmienić. Miały działać specjalne komisje do monitorowania zachowań kleru, a biskupi wydali oświadczenie, że duchowni, którzy dopuszczą się pedofilii, będą natychmiast usuwani z parafii. Jednocześnie wierni mieli uzyskać szerszy dostęp do kościelnego zaplecza poprzez współpracę duchownych z mediami. Uwierzyliśmy w te obietnice, więcej – pozwoliliśmy sobie na myślenie, że choć seksualne wykorzystywanie nieletnich pozostaje na świecie bolesnym problemem, to jednak ze strony Kościoła już tego zagrożenia nie będzie. A tu nagle odarto nas ze złudzeń.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.