Pańska książka „Bandyci z Armii Krajowej” ukazała się w dniu, w którym weszła w życie kontrowersyjna nowelizacja ustawy o IPN. Przypadek?

Zupełny. Książkę pisałem od 2015 r. i skończyłem rok temu. Datę premiery poznałem miesiąc przed nią.

Czy w czasie dyskusji na temat nowych regulacji przeszło panu przez myśl, że pańską książkę ktoś może uznać za szkalowanie narodu polskiego, z czego się będzie trzeba tłumaczyć przed prokuratorem?

Nie da się pracować, mając nad głową paragrafy. Miałem świadomość, że w większości przypadków odwołuję się bezpośrednio do dobrze udokumentowanych źródeł, w dodatku pochodzących z oficjalnych archiwów państwowych. Nie lansowałem żadnej osobistej teorii, tylko przedstawiałem fakty, a o ich prawdziwość raczej nie miałem obaw. Pomijając już to, że nowelizacja od początku była tak ostro atakowana z każdej strony, że jakoś nawet nie dopuszczałem myśli, że może przejść w pierwotnej formie.

A dlaczego postanowił pan przypomnieć mało chlubne wątki z historii AK? Zwłaszcza że w dyskusji wokół Żołnierzy Wyklętych często przeciwstawia się Armię Krajową jako formację pomnikową. Tymczasem pan ten pomnik strąca.

Armii Krajowej należą się pomniki – absolutnie. To była rzesza ludzi, która w konspiracji, z narażeniem życia, walczyła o niepodległość. To nie podlega dyskusji. Natomiast nie można stawiać pomników hurtowo wszystkim. Wiadomo, że w masie 350 tys. ludzi, bo do takich rozmiarów urosła AK, zdarzały się czarne owce. Nie szargam legendy. Po prostu uzupełniam ją o mało znane fakty. To pewnie czyni ją nieco mniej idealną, ale za to stanowczo bardziej ludzką. AK tworzyli ludzie z krwi i kości, a nie chodzące pomniki.

Czyli obraz AK, jaki zazwyczaj mamy w głowach, jest niepełny.

To obraz mityczny. A mit z definicji jest prawdą wyidealizowaną.

>>> Treść całego wywiadu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.