W ubiegłym roku sprzedano milion aut z napędem elektrycznym. To wzrost o połowę w stosunku do 2016 r. i – jak prognozuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) – tempo to nie opadnie przynajmniej do 2030 r., kiedy z salonów na ulice będzie ich wyjeżdżać 21,5 mln rocznie.

Ale należy to umieścić w odpowiedniej perspektywie. W 2017 r. na świecie kupiono 97 mln klasycznie napędzanych pojazdów. A to oznacza, że auta elektryczne stanowią niewiele ponad jeden procent sprzedaży ogółem. Dodatkowo liczba sprzedanych samochodów nieustannie rośnie, trudno więc powiedzieć, jaki odsetek będzie stanowiło w 2030 r. owe 21,5 mln. Dodatkowo przy założeniu, że państwa nadal będą wspierać zakup i eksploatację elektryków.

Wiele jednak wskazuje na to, że zmiany nie da się już zatrzymać. Jak wskazuje amerykańska Agencja Ochrony Środowiska, transport odpowiada za 28 proc. emisji gazów cieplarnianych – tyle samo, ile energetyka. Przesiadka z benzyny lub oleju napędowego na prąd przekłada się na korzyści dla środowiska (o ile, oczywiście, prąd też nie jest wytwarzany w „brudny” sposób). A w gratisie dostaje się jeszcze cichą jazdę i doskonałe przyspieszenie – coś, co lubią kierowcy. Zwłaszcza z Państwa Środka.

Smok na baterie

Z 3,1 mln pojazdów elektrycznych na świecie aż 39 proc. porusza się po drogach Chin (w USA, drugim pod względem liczby, 24 proc.). Z tak chłonnym rynkiem wewnętrznym Chińczycy mają szansę stać się światowym hegemonem wśród producentów elektryków. Władze w Pekinie są tego świadome i już od 2009 r. uwzględniają rozwój elektrycznej motoryzacji w strategiach rozwoju państwa.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.