Wydawało się, że po upadku powstania listopadowego polityczna kariera Adama Jerzego Czartoryskiego dobiegnie końca. Nie dość, że książę skończył już 61 lat, to sposób, w jaki kierował podczas powstania polityką Rządu Tymczasowego Królestwa Polskiego, sprawił, że stracił swój wielki autorytet. Radykałowie z Towarzystwa Patriotycznego oskarżali go o zdradę, co nie było takie trudne, bo przecież książę w swej przebogatej karierze na początku XIX w. kierował Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rosji, a także przyjaźnił się z carem Aleksandrem I. Przez lata uparcie też optował za budowaniem trwałej unii polsko-rosyjskiej, otwartej na przyłączenie do niej innych, słowiańskich narodów. Gdy zaś wybuchła w Warszawie rebelia, długo wierzył, że wciąż możliwa jest ugoda z carem Mikołajem I. Wszystkie plany polityczne księcia legły jesienią 1831 r. w gruzach, a on pozbawiony majątku i czci musiał zacząć na emigracji nowe życie. Nikt więc się nie spodziewał, iż za kilkanaście lat Czartoryski będzie uznawany w Petersburgu za najbardziej niebezpiecznego dla Rosji człowieka w Europie.

Uchodźca w Londynie

Drugie życie księcia mogło nigdy się nie zacząć. Nocą 27 września 1831 r. rosyjskie wojska wkroczyły do Krakowa. Na okupację autonomicznej Rzeczpospolitej Krakowskiej zgodę wyraził kanclerz Austrii Klemens von Metternich. Jednocześnie polecił rezydującemu pod Wawelem konsulowi, by uprzedził Czartoryskiego o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Książę wraz z rodziną znalazł w wolnym mieście schronienie, gdy upadało powstanie listopadowe. Przed Rosjanami zbiegł w ostatniej chwili, przeprawiając się nocą przez Wisłę do Podgórza. Jednak na austriackim terytorium nie mógł przebywać zbyt długo. Wydany przez Metternicha nakaz opuszczenia granic Monarchii Habsburgów zmusił Czartoryskiego do wyjazdu do Lipska. Już stamtąd zaczął słać pierwsze listy do szefów rządów i monarchów w całej Europie. Domagał się, by przestrzegano ustaleń Kongresu Wiedeńskiego. Gwarantowały one istnienie Królestwa Polskiego posiadającego własną konstytucję. „Przyszłość jest nieskończona i nigdy nie jest zamknięta dla nadziei narodu, póki narodem być nie przestanie” – notował wówczas.

Jednak żadne z europejskich państw nie zdecydowało się nawet na oświadczenie w obronie Polaków. Osamotniony Czartoryski wyruszył w drogę do Londynu. Tam rezydował Julian Ursyn Niemcewicz, wysłany przez księcia z misją dyplomatyczną podczas powstania. Poza tym z urzędującym premierem Wielkiej Brytanii Charlesem Greyem Czartoryski znał się już prawie 30 lat. Dzięki temu 29 grudnia 1831 r. przyjął go na rozmowę minister spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Henry Palmerston. Książę długo usiłował go przekonać, że w interesie Londynu jest utrzymanie istnienia autonomicznego Królestwa Polskiego. Palmerston słuchał uprzejmie, lecz nie poinformował gościa, że dwa miesiące wcześniej w instrukcji przesłanej ambasadorowi Zjednoczonego Królestwa w Petersburgu nakazał traktować pacyfikację powstania listopadowego jako „przywrócenie prawa i legalnej władzy”. Dzień później księcia przyjął premier Grey. Wobec starego znajomego, którego prywatnie darzył sympatią, zdobył się na chwilę szczerości. Dla Wielkiej Brytanii rozstrzygające znaczenie miała siła militarna Rosji. Dlatego Grey nie zamierzał udzielać Polakom żadnego wsparcia. Czartoryski nie dostał niczego, ale i tak audiencja u premiera Zjednoczonego Królestwa okazała się bezcenną przysługą. „Te pierwsze rozmowy księcia z brytyjskim mężem stanu wywarły niemałe wrażenie w londyńskim świecie politycznym. Przyjmowano przecież »zbrodniarza stanu«, buntownika, jak twierdziła ambasada rosyjska” – opisuje Jerzy Zdrada w monografii „Wielka Emigracja po powstaniu listopadowym”. Pomimo niezadowolenia Petersburga rząd europejskiego mocarstwa nadal uznawał Czartoryskiego za męża stanu mogącego na forum międzynarodowym reprezentować naród polski. To okazało się bezcennym kapitałem na przyszłość.

Manipulator i prowokator

„Według osobistej oceny Czartoryskiego, trzeba było aż dziesięciu lat, by udało mu się uwolnić od zarzutów, które pod jego adresem formułowała znaczna część emigracji i społeczeństwa krajowego” – pisze Alina Barszczewska-Krupa w opracowaniu „Klęska powstania listopadowego w emigracyjnej ocenie Adama Czartoryskiego (1831–1846)”. Wyzwolenie z oskarżeń o zdradę i odbudowanie autorytetu osiągnął mozolną pracą. Dzięki niej na Zachodzie kwestia polskiej niepodległości stale powracała na forum publicznym. W Wielkiej Brytanii z inspiracji Czartoryskiego zaczęło działać założone przez Niemcewicza Literackie Towarzystwo Przyjaciół Polski. Jego prezes, szkocki poeta Thomas Campbell, dzięki swojej popularności wywalczył w parlamencie roczne subwencje w wysokości 10 tys. funtów szterlingów. Dzięki tym pieniądzom oraz ponad 200 członkom, którymi byli ludzie kultury oraz arystokraci, w największych gazetach regularnie ukazywały się artykuły nawiązujące do problemu wymazania Rzeczpospolitej z mapy Europy. Pozyskano też wsparcie szkockich posłów. Kilkukrotnie na forum Izby Gmin inicjowali oni debaty na temat konieczności przywrócenia obowiązywania w Królestwie Polskim konstytucji zniesionej przez Mikołaja I Statutem Organicznym w lutym 1832 r.

Czartoryski cały czas trzymał rękę na pulsie i ilekroć Rosja próbowała oderwać od Turcji nowe ziemie – co budziło obawy Londynu – natychmiast podsycał antyrosyjskie nastroje w Anglii. Uparcie też przekonywał Palmerstona do stworzenia w Europie bloku „państw liberalnych”, zdolnego powstrzymywać rosyjską ekspansję. Po dwóch latach starań księcia, w lipcu 1833 r., szef brytyjskiej dyplomacji został przyparty do muru w Izbie Gmin przez posłów coraz bardziej zaniepokojonych poczynaniami Imperium Romanowów. Pod ich naciskiem musiał publicznie oświadczyć, że „w Królestwie Polskim powinien być przywrócony system konstytucyjny”. Oznaczało to gwałtowne ochłodzenie relacji Londynu z Petersburgiem. Kując żelazo póki gorące, Czartoryski zaczął gorączkowo szukać państwa, które zgodziłoby się na stworzenie polskich legionów na jego terytorium. Sukces kilkukrotnie wydawał się być na wyciagnięcie ręki. Jednak kolejno wycofywały się z pierwotnych ustaleń: Belgia, Hiszpania i Portugalia. O wiele prostsza okazywała się wojna propagandowa. „Inspirowano »Timesa« i inne gazety, ogłaszano broszury o ścisłym związku sprawy polskiej ze wschodnią (ekspansja Rosji kosztem Turcji oraz próba podboju przez nią Afganistanu – red.), organizowano mityngi i petycje do parlamentu” – opisuje Jerzy Zdrada.

Zaniepokojona tym rosyjska ambasada w Londynie zaczęła opłacać wielu dziennikarzy, nakłaniając ich do pisania tekstów szkalujących Polaków. Atmosfera gęstniała i o mały włos, a udałoby się sprowokować wybuch wojny między Wielką Brytanią a Rosją. Agenci Czartoryskiego i jego polityczni przyjaciele pomogli sfinansować zakup broni dla Czerkiesów buntujących się przeciwko carowi. Ładunek, załadowany w październiku 1836 r. na statek „Vixen”, popłynął wprost na Morze Czarne. Angielski agent księcia David Urquhart pokierował operacją tak, by „Vixen” zatrzymany przez rosyjskie okręty. Od kiedy Royal Navy zdobyła sobie panowanie na morzach i ocenach świata, wszystkie jednostki pływające pod brytyjską banderą uznawano w Londynie za nietykalne. Plan księcia początkowo zadziałał idealnie. Statek z bronią wpadł w rosyjskie ręce, co rozpaliło brytyjską opinię publiczną domagającą się reakcji rządu. Royal Navy podjęła więc przygotowania, żeby przejąć kontrolę nad Morzem Czarnym. Jednak z Petersburga zaczęły płynąć pojednawcze deklaracje. Mikołaja I okazywał skłonność do ustępstw m.in. w kwestii Turcji i Afganistanu. To wystarczyło, żeby ówczesny premier John Russell wycofał się z wojennych planów. Rozczarowany Czartoryski boleśnie przekonał się, że zburzenie europejskiej równowagi sił nie będzie takie proste.

Na paryskim bruku

Dziesięć lat podsycania konfliktu Wielkiej Brytanii z Imperium Romanowów nie przyniosło wyczekiwanej wojny. Choć Czartoryski i jego ludzie wielokrotnie doprowadzali rosyjskie służby dyplomatyczne na skraj ataku apopleksji. Co gorsza pod koniec lat 30. XIX w., gdy na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna między Egiptem a Turcją, Petersburg i Londyn nagle odkryły, że mają wiele wspólnych interesów. Chcąc ustanowić nowe strefy wpływów w tamtym rejonie świata, rząd Russella zaczął układać się nie tylko z Rosją, lecz także z pozostałymi krajami Świętego Przymierza, Austrią i Prusami, dążąc do wypchnięcia z Bliskiego Wschodu Francji. W tym momencie jedyne, co pozostało Czartoryskiemu, to zacząć myśleć o przeprowadzce do Paryża. Stopniowo przeniósł tam centralę swej organizacji, jednocześnie dbając, by jego ludzie zakładali placówki w najważniejszych stolicach Starego Kontynentu. W Londynie przedstawicielstwo objął gen. Władysław Zamoyski. Na Bałkany pojechał Janusz Woronicz. Szefem Agencji Głównej Misji Wschodniej został dowódca regimentu Kozaków w czasie powstania listopadowego, całkiem utalentowany poeta Michał Czajkowski.

W tym czasie Czartoryski radykalnie zmienił swoje podejście do kwestii zbrojnego buntu przeciwko rosyjskiemu panowaniu. Jak sam przyznał podczas swego przemówienia w 1840 r., przy okazji 70. urodzin: „Wojsko polskie, które opuściło swoje granice (po powstaniu listopadowym – red.) i złożyło broń w ręce cudzoziemców, w dwójnasób było liczniejsze od tego, które rozpoczęło walkę. Nie upadliśmy dla braku sił materialnych, ale dla braku siły moralnej, która by tamtemi mogła zarządzać”– podkreślał. Dodając, że „Siła moralna to jedność, zgoda i ład, wiara w siebie i zdolny rząd”. Książę stał się zwolennikiem wzniecenia nowego powstania, pod warunkiem ukształtowania się wcześniej takiej sytuacji międzynarodowej, by miało ono szansę na pozyskanie sojuszników. Jego zdaniem Polacy powinni być gotowi, żeby chwycić za broń w momencie wybuchu na kontynencie wojny między mocarstwami. Jej nadejściu zamierzał wydatnie pomóc. W Paryżu nawiązał przyjazne relacje z rządzącym Francją królem Ludwikiem Filipa i namówił go do zaoferowania Turcji większego wsparcia. Jednocześnie francuskie ministerstwo spraw zagranicznych zaczęło pomagać ludziom księcia w rozbudowywaniu ich wpływów w Stambule. Dwaj agenci, Aleksander Wereszczyński i Ludwik Zwierkowski, założyli nieopodal stolicy Turcji w 1842 r. polską osadę Adampol. Stała się ona bazą wypadową dla emisariuszy wyruszających stamtąd na Bałkany, do krajów Europy Środkowej oraz na Kaukaz. Głównym celem ich działania było inicjowanie takich zmian w międzynarodowym porządku, by obracały się one przeciwko Rosji.

Legowisko diabła

Malarz Eugène Delacroix o tym, że sławna, paryska rezydencja Hotel Lambert zostanie wystawiona na sprzedaż, dowiedział się zupełnie przypadkiem. Pałacyk, mimo iż liczył sobie ponad 200 lat, nadal prezentował się okazale, choć jego właściciele, rodzina Dupin, niespecjalnie o niego dbali. Delacroix z nowiną pognał do George Sand, a ta o wszystkim powiedziała swemu kochankowi Fryderykowi Chopinowi. To właśnie od genialnego pianisty Czartoryski się dowiedział, że pojawiła się okazja kupienia w stolicy Francji dużego budynku. Idealnego na centralę jego organizacji. Tyle że Hotel Lambert sporo kosztował. Wówczas z pomocą przyszła teściowa księcia Anna Sapieha z Zamoyskich. To ona od lat dbała o to, żeby wszystko się zgadzało w finansach Czartoryskiego, a wydatki nie przekraczały wpływów. Wiedząc, że po wyprowadzce z Londynu potrzebna jest organizacyjna siedziba, przekazała prywatne oszczędności na ten cel. Dzięki niej wkrótce nazwa Hotel Lambert nabrała zupełnie nowego znaczenia.

Gdy w 1843 r. wprowadzał się do niego wraz z rodziną i swym sztabem Czartoryski, w Belgradzie zwolennicy reform zrzucili z tronu prorosyjskiego księcia Michała Obrenowicia. Na jego miejsce wynieśli faworyta Czartoryskiego Aleksandra Karadziordziewicia. Wkrótce udzielił on Hotelowi Lambert pełnomocnictw do reprezentowania serbskich interesów w Londynie i Paryżu. Karadziordziewić zachwycił się wizją księcia, by korzystając z osłony Turcji (Serbia była jej lennem), zjednoczyć pod jednym berłem narody Słowian południowych, a następnie sprzymierzyć się z Francją. W Belgradzie te zamierzenia wspierał agent Czartoryskiego Czech Franciszek Zach. Zwalczając stronnictwo prorosyjskie oraz rozprowadzając broszury propagujące zjednoczenie Słowian. Idea ta uderzała w interesy Austrii. Wkrótce na Bałkanach zaczęło coraz mocniej wrzeć. Spora była w tym zasługa gęstniejącej sieci placówek Hotelu Lambert. Nowe powstały w Zagrzebiu, Jassach i Bukareszcie. „Wszystkie kłopoty, jakich doznajemy w Serbii zawdzięczamy księciu Czartoryskiemu” – żalił się w 1844 r. królowi Prus Fryderykowi Wilhelmowi IV podczas wizyty w Berlinie car Mikołaj I. Słowianie zamiast podporządkować się Rosji, wybierali przyjaźń z Polakami. Co więcej, w tymże roku na Kaukaz z tajną misją wyruszył Zwierkowski, by organizować dostawy broni dla czeczeńskich buntowników walczących z wojskami carskimi. Natomiast na terenie Mołdawii i Wołoszczyzny agenci Czartoryskiego kontaktowali się z działaczami opozycji narodowo-liberalnej, prącej do stworzenia niepodległej, zjednoczonej Rumunii. Nic dziwnego, że rosyjska propaganda zaczęła ostrzegać Europę przed lokatorem z Hotelu Lambert, prezentując go jako kogoś na kształt nowego Lucyfera, który po odtrąceniu przez Boga inicjuje spiski, by zburzyć panujący w świece ład.

Na wyciągnięcie ręki

Europejski porządek zaczął się walić wraz z nadejściem 1848 r. Przez Italię, Francję, kraje niemieckie i Austrię przetoczyła się fala zamieszek. Mieszczanie i robotnicy buntowali się przeciwko absolutystycznym rządom. Wybuch rewolucji w Paryżu i Wiedniu sprawił, że Węgrzy rozpoczęli powstanie, by uwolnić się od rządów Habsburgów. Ich kłopoty spotęgowała wojna, jaką Austrii wypowiedziało Królestwo Sardynii, prące do zjednoczenia Włoch. Czartoryski śledził narastający galimatias z rosnącą nadzieją. Hotel Lambert z jeszcze większą intensywnością zaczął rozsyłać swych agentów do kolejnych krajów. Jednocześnie książę błyskawicznie zaprzyjaźnił się w Paryżu z przywódcami II Republiki, którzy właśnie strącili z tronu króla Ludwika Filipa. Po rozmowie z premierem republikańskiego rządu Alphonse’em de Lamartine’em Czartoryski 10 marca 1848 r. otrzymał zgodę na tworzenie przy francuskiej armii polskiego legionu. Pieniądze na jego sformowanie i utrzymanie obiecał rząd II Republiki. Dwa tygodnie później książę był już w drodze do zrewoltowanego Berlina.

W Wielkim Księstwie Poznańskim mieszkańcy wypowiedzieli posłuszeństwo Prusom. Rządy przejął Komitet Narodowy, przystępując do organizowania własnych sił zbrojnych. Ich wodzem naczelnym mianowano, ledwo co wypuszczonego z pruskiego więzienia, Ludwika Mierosławskiego. Książę zdawał sobie sprawę, że z sytuacji są jedynie dwa wyjścia. Prusy spacyfikują wielkopolski bunt albo go zalegalizują i rozpoczną wojnę z Rosją, aby wydrzeć jej resztę ziem polskich. Szansa na to drugie rozwiązanie wydawała się całkiem spora. Rewolucyjne nastroje wśród mieszkańców Prus zmusiły króla Fryderyka Wilhelma IV do zwołania Zgromadzenia Narodowego i ogłaszania kolejnych ustępstw wobec żądań obywateli. A ci wręcz oczekiwali wspólnej wojny Polaków i Niemców ze stojącą na straży starych porządków Rosją. Czartoryski na zachętę proponował Fryderykowi Wilhelmowi IV przyjęcie po zwycięstwie tytułu króla Polski i stworzenie unii łączącej oba państwa, ewentualnie przekazanie polskiej korony innemu członkowi dynastii Hohenzollernów. Projekt ten poparł reprezentant południowych państw niemieckich Maximilian von Gagern. Ów liberalny polityk od dawna działał na rzecz zjednoczenia Niemiec pod berłem Prus. W przyszłości widział Rzeczpospolitą jako jeden z krajów nowej Rzeszy.

Figury na politycznej szachownicy układały się coraz bardziej po myśli księcia. Władze Prus zaproponowały wielkopolskiemu Komitetowi Narodowemu ugodę, podpisaną w Jarosławcu 11 kwietnia 1848 r. Gwarantowano w niej przywrócenie, ograniczonej po powstaniu listopadowym, autonomii Wielkiego Księstwa Poznańskiego. W tym samym czasie na krawędzi rozpadu znalazło się cesarstwo austriackie zmuszone walczyć na dwóch frontach z Węgrami oraz Królestwem Sardynii. Chcąc jeszcze bardziej zatruć życie Habsburgom, Czartoryski pchnął z Berlina z misją do Turynu, Budapesztu i Belgradu swego zaufanego człowieka majora Ludwika Bystrzonowskiego. Jego zadaniem było zawiązanie porozumienia między przywódcą węgierskiego powstania Lajosem Kossuthem, rządzącym w Serbii Aleksandrem Karadziordziewiciem i królem Sardynii Karolem Albertem Sabaudzkim. Jednocześnie słani ze Stambułu przez Czajkowskiego agenci kończyli wspólnie z rewolucjonistami na Wołoszczyźnie i w Mołdawii przygotowania do zbrojnego przewrotu. Z początkiem czerwca 1848 r. obalono tam prorosyjskich władców. W pośpiesznie pisanych listach, przesyłanych przywódcom Serbii, Sardynii i Węgier, Czartoryski kreślił wizję przyszłej Europy. W jego zamierzeniach na gruzach Monarchii Habsburgów miało narodzić się państwo południowych Słowian (głównie Serbów i Chorwatów), tworzące federacyjny związek z Węgrami. Jednocześnie doszłoby do zjednoczenia Włoch. Po upadku Monarchii Habsburgów na placu boju pozostałaby już tylko Rosja mająca przeciw sobie całą koalicję państw. W tym związanych sojuszem Polaków i Niemców. W tej misternej układance raził jeden, bardzo słaby punkt. Petersburg nie zamierzał czekać z założonymi rękami, aż zostanie osaczony przez wrogów. W Berlinie walkę z Czartoryskim podjął carski poseł Peter von Meyendorff. Zadanie miał ułatwione, bo Fryderyk Wilhelm IV szczerze nienawidził rewolucjonistów i do sojuszu z liberałami zmusiła go jedynie polityczna konieczność. Mając gwarancję przyjaźni Mikołaja II, pozwolił na rozpętanie antypolskiej kampanii w gazetach, a pruska armia, łamiąc ugodę jarosławską, łatwo spacyfikowała Wielkopolskę. Również Wiedeń mógł liczyć na pomoc cara oraz jego dyplomatów. Ci z kolei zajęli się podsycaniem nienawiści między Serbami a Węgrami.

Również sytuacja na froncie włoskim zmieniała się po myśli zaborców. Armia Królestwa Sardynii została przez Austriaków 24 lipca 1848 r. rozgromiona w bitwie pod Custozą. Wkrótce młodziutki cesarz Franciszek Józef I poprosił Petersburg o ratunek w przegrywanej wojnie z Madziarami. Przynieśli go rosyjscy żołnierze dowodzeni przez zdobywcę Warszawy z 1831 r. feldmarszałka Iwana Paskiewicza. Święte Przymierze zatriumfowało, a wracający do Paryża książę Czartoryski musiał pogodzić się z tym, że za pomocą jedynie dyplomacji i spisków niezwykle trudno jest naruszyć istniejącą w Europie równowagę sił. Gdyby choć istniało jeszcze w 1848 r. autonomiczne Królestwo Polskie posiadające własną armię. Wówczas wszystko miałoby szanse potoczyć się inaczej. Mimo to dobiegający osiemdziesiątki książę nie zamierzał się poddawać. „Będę zbierał każde osobne ziarenko, chwytał każdą nić, ściągał do jednego wątku, do jednego ogniska, aby tym sposobem utworzyć ile można siłę dla Polski, aby usposabiać umysły do wewnętrznego porządku, a serca do śmiałego czynu, kiedy pora pomyślna” – zadeklarował w prowadzonych przez siebie notatkach.

>>> Czytaj też: Rosyjski wywiad GRU to banda partaczy? Przeciwnie. "To brylant z czasów sowieckich"