Praca Madejskiej ma dwie bohaterki. Jedną jest włókniarka, drugą – Łódź. Ich dzieje składają się na kawał historii gospodarczej i społecznej ostatnich 200 lat. Owszem, Łódź jest teraz modna. Ale mam wrażenie, że wszystkie klucze używane do otwarcia jej tajemnicy trzeszczą i łamią się w rękach. Dawne skrzyżowanie kultur? Kolebka polskiego kapitalizmu? Oczywiste to i przegadane. Jak tysiąc razy już napisane szkolne wypracowanie na temat Borowieckiego, Welta i Bauma. Tych trzech, co nie mieli nic, i to było w sam raz, żeby założyć fabrykę. Wycieczki śladami pozostałości fabrykanckich pałacyków? Wyszukiwanie miejsc (Piotrkowska, Manufaktura), gdzie udało się przezwyciężyć transformacyjną traumę? Wszystko to jednak jakieś częściowe i nieprawdziwe. Jak wizyty w potiomkinowskich wioskach podmalowywanych na wizytę carskiej kontroli.

Marta Madejska nie idzie żadną z tych dróg. Obierając perspektywę włókniarki, pozwala czytelnikowi porzucić pozycję mieszczańskiego obserwatora, który „patrząc – widzi wszystko oddzielnie. Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...” (to oczywiście z Tuwima, poety, a jakże, łódzkiego). Towarzysząc włókniarce, wchodzimy w samą historię Łodzi będącą przecież jednocześnie historią współczesnej Polski i kapitalizmu.

Wiedzieliście, że po zniesieniu pańszczyzny w Królestwie Polskim lud się mocno podzielił? Ci jego przedstawiciele, którzy mogli lub umieli skomasować pola, mocno swój los poprawili. Ale pozostali wpadli w jeszcze większe tarapaty. To oni zasilali szeregi rodzącego się proletariatu w miastach takich jak Łódź. A wiedzieliście, że dużo celniej byłoby powiedzieć: „one”? Chłopskie córki szły do miast, bo nie dało się ich wszystkich wykarmić albo wydać (sprzedać?) za mąż. Dla kapitalistów była to sytuacja idealna. Jeśli przedstawiciel ludu z przełomu XIX i XX wieku nie miał prawie żadnych praw ani siły przetargowej wobec pracodawcy, to kobieta miała ich jeszcze mniej. Jednocześnie w włókniarstwie mogła pracować, bo postępująca mechanizacja zmniejszała zapotrzebowanie na męską siłę fizyczną. Dlatego już pod koniec XIX wieku kobiety liczebnie stanowiły ogromną część proletariatu takich miast jak Łódź. To one organizowały pierwsze wystąpienia robotnicze. Takie jak strajk żyrardowskich szpularek w 1883 r.

Dzięki Marcie Madejskiej i jej opartej na pracy na źródłach (gazety, dokumenty, literatura, relacje, rozmowy) metodzie towarzyszymy łodziankom aż do czasów współczesnych. W rytm odgłosów zmieniającego się w czasie parku maszynowego. Do taktu falującej koniunktury gospodarczej oraz geopolitycznej (rynki rosyjski i zachodni to się przed łódzką produkcją otwierają, to znów zamykają). I według zmieniających się prądów faktycznej i formalnej emancypacji kobiet.

Powtórzmy to wyraźnie: ta świetnie napisana książka wciąga i pozwala zrozumieć. Nie jest to jedna z tych historii, które wypadają nam z głowy 30 sekund po odłożeniu tomu na półkę. „Aleja...” zachęca do dalszego odkrywania. Nie tylko Łodzi. Ale i ludowej historii Polski, na którą wciąż jesteśmy mało uwrażliwieni. Którą – na szczęście – wreszcie zaczęto spisywać.

Marta Madejska "Aleja Włókniarek", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018