– Podczas gdy mieszkańcy jednych regionów cierpią na dotkliwe susze, inni zmagają się z powodziami, a straty ponosi budżet państwa – mówił Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. I podkreślał, że na tak skrajne skutki zmian klimatu nie jesteśmy dobrze przygotowani, bo tracimy zbyt dużo wody. Powód jest prozaiczny. Zwyczajnie przecieka przez nieszczelne zbiorniki lub wsiąka w ziemię z powodu ich braku.

Ma być szczelniej

Rząd chce to zmienić. Pracuje nad Programem Rozwoju Retencji (PRR), czyli nową strategiczną inicjatywą, która ma kosztować ok. 12 mld zł. Ma być sposobem na łagodzenie skutków suszy oraz na zapobieganie powodziom i lokalnym podtopieniom. PRR zakłada ponad dwukrotną poprawę ilości magazynowanej wody, która dziś jest na najniższym poziomie w UE i wynosi niespełna 6,5 proc.

Docelowo, czyli za siedem lat, miałoby to być ponad dwa razy tyle. Żeby to osiągnąć, rządzący planują skierować strumień pieniędzy dla samorządów m.in. na rozbudowę zbiorników sztucznych i naturalnych, melioracje, inwestycje w hydroenergetykę i budowę stopni wodnych.

W planie jest zatwierdzenie projektu w 2019 r. jako wieloletniego programu rządowego i zabezpieczenie finansowania. Jak wyjaśnił minister, chodzi przede wszystkim o to, by otworzyć drogę do środków zgromadzonych w regionalnych programach operacyjnych, które są przeznaczone na gospodarkę wodną.

– Chcemy też zabezpieczyć odpowiednie kwoty w budżecie Wód Polskich i przygotowywać poszczególne firmy energetyczne pod kątem konkretnych inwestycji hydroenergetycznych – zaznaczył Gróbarczyk.

Wolny nurt zmian…

Szkopuł w tym, że na zastrzyk finansowy samorządom przyjdzie poczekać. Mankamentem PRR jest bowiem planowany harmonogram prac, który zakłada, że pierwsze fundusze mogłyby popłynąć do zainteresowanych najwcześniej za dwa lata.

Według zapowiedzi ministerstwa wstępny projekt PRR powinien zostać przedstawiony do września przyszłego roku. Wtedy też ruszyłyby konsultacje z samorządowcami i organizacjami pozarządowymi. Zgodnie z harmonogramem ostateczna wersja projektu powinna być gotowa do sierpnia 2020 r.

Skąd bierze się tak wolne tempo prac? Jak wyjaśniają przedstawiciele Wód Polskich, przeszkodą jest m.in. to, że zbiorniki retencyjne są w różnym zarządzie, a samorządy mają wobec nich różne plany, niekoniecznie zbieżne z planami rządzących. – Cała sztuka polega na tym, aby zidentyfikować planowane i niezbędne inwestycje, pogrupować w priorytety i je realizować – mówi Przemysław Daca, prezes Wód Polskich.

Marek Gróbarczyk podkreśla też, że ministerstwu nie chodzi o to, by na nowo wynajdywać koło. – Samorządy już mają liczne projekty zbiorników retencyjnych, chociażby w Małopolsce. Wiele z nich nie powstało z powodu braku rządowego wsparcia – mówił.

Rządzący zapewniają też, że samorządy będą mogły uzyskać dofinansowania na remonty mniejszych urządzeń wodnych i obiektów małej retencji, które gromadzą mniej niż jedną czwartą z ogółu zatrzymywanej wody. I, jak zaznacza Gróbarczyk, to właśnie takie inwestycje byłyby realizowane w pierwszej kolejności.

– Mówimy tu m.in. o zbiornikach naturalnych, gdzie wystarczy niewielki nakład środków, nawet kilkadziesiąt mln zł, aby je stworzyć – wyjaśnił. Za przykład wskazał Kotlarnię w pobliżu Odry.

…a potrzeby duże

Tymczasem problem jest naglący. W tym roku susza rolnicza wystąpiła na obszarze całej Polski, w niemal 83 proc. gmin na powierzchni ponad 63 proc. gruntów ornych. Notowano ją we wszystkich województwach, a w 10 z nich występowała we wszystkich gminach.

Przyniosło to wymierne straty, nie tylko dla mieszkańców i gmin, ale także dla budżetu państwa. Rząd przeznaczył bowiem prawie 800 mln zł na pomoc dla poszkodowanych rolników i hodowców ryb. Wstępnie oszacowane rachunki po przyborach wód z lipca tego roku sięgają ok. 100 mln zł.

– Powodzie i podtopienia to jedna z największych bolączek miast. Od wielu lat nacisk kładziony był na rozbudowę kanałów, którymi odprowadzamy wody odpadowe, a nie rozwój retencji, która pozwoliłaby zatrzymywać ją i wykorzystywać np. do podlewania zieleni – mówi Stanisław Drzewiecki, prezes Miejskich Wodociągów i Kanalizacji w Bydgoszczy. I dodaje, że to ostatni dzwonek, by zabrać się za zmiany. – Infrastruktura już teraz nie wystarcza, by poradzić sobie z nadmiarem wody po ulewach – mówi.

Skalę problemu potwierdzają ustalenia Wód Polskich, które są właśnie w trakcie analizy zagrożenia powodziowego w kraju. W związku z unijnym obowiązkiem aktualizacji wstępnej oceny ryzyka powodziowego instytucja przeprowadziła ankiety wśród 3,6 tys. gmin i ich spółek komunalnych. Wynika z nich, że powodzie występowały w przeszłości na terenie ponad połowy gmin (dokładnie 54 proc.), z czego częściej powodem były wylewy rzek niż nadmiar opadów.

Rządzący nie kryją, że zwiększenie retencji jest konieczne nie tylko dla poprawy bezpieczeństwa hydrologicznego Polski i przeciwdziałania zmianom klimatu, ale też dla rozwoju transportu śródlądowego i otwarcia nowych szlaków wodnych.

To zaniedbana gałąź polskiej gospodarki, którą minister Gróbarczyk chce postawić na nogi. Z dużych inwestycji planowane są dwa większe zbiorniki, trwa budowa dwóch stopni na Odrze, a niedługo ruszy budowa stopnia Siarzewo na Wiśle poniżej Włocławka. Ich celem jest m.in. włączenie polskich rzek do międzynarodowych szlaków wodnych.

>>> Czytaj też: Jemy najwięcej cukru od 28 lat. Specjalny podatek rozwiąże problem?