Celem serii prawyborów przeprowadzanych w obu partiach we wszystkich stanach jest wyłonienie kandydatów do wyborów powszechnych, które się odbędą 6 listopada.

Podczas listopadowego głosowania - nazywanego wyborami środka kadencji, bo odbywa się w dwa lata po wyborze prezydenta - Amerykanie wybiorą na dwuletnią kadencję 435 kongresmenów do Izby Reprezentantów i jedną trzecią senatorów (w tym roku 35) na sześcioletnią kadencję.

Dodatkowo, jednocześnie z wyborem nowego Kongresu 116. kadencji, Amerykanie wybiorą gubernatorów 39 stanów na czteroletnie kadencje, członków kongresów stanowych, burmistrzów wielu miast (w tym Waszyngtonu) i rozstrzygną szereg zagadnień poddanych pod głosowanie z inicjatywy wyborców bądź władz - od legalizacji marihuany w "celach rekreacyjnych", na podatkach lokalnych i budowie dróg kończąc.

Tradycyjnie w wyborach środka kadencji partia kontrolująca Biały Dom, a więc obecnie Republikanie, traci głosy w Kongresie. W ostatnich 21 wyborach przeprowadzonych w środku 4-letniej kadencji prezydenta partia prezydencka traciła przeciętnie 30 mandatów w Izbie Reprezentantów i cztery miejsca Senacie.

Demokraci, powołując się na tę historyczną prawidłowość, mają nadzieję na zdobycie w tegorocznych wyborach przynajmniej kontroli na Izbą Reprezentantów; muszą w tym celu zdobyć dodatkowo 23 miejsca, co - jak przyznają nawet Republikanie - jest możliwe.

W liczącym 100 miejsc Senacie sytuacja jest bardziej skomplikowana. Republikanie mają w nim przewagę dwóch mandatów, jednak 6 listopada większość wyborów 35 senatorów na pierwszą bądź kolejną kadencję odbędzie się w "czerwonych stanach”, czyli tych, gdzie w wyborach prezydenckich roku 2016 zdecydowanie zwyciężył Donald Trump, więc zdaniem politologów mogą oni utrzymać swój stan posiadania, a nawet zwiększyć przewagę w Senacie.

Niezależnie od tego, która z dwóch partii będzie miała kontrolę nad Izbą Reprezentantów, a która nad Senatem, różnice ideologiczne między większością a mniejszością w obu izbach Kongresu jeszcze bardziej się powiększą.

Wyniki prawyborów wskazują, że elektorat Partii Demokratycznej przesunął się na lewo, w kierunku platformy senatora Berniego Sandersa, "demokratycznego socjalisty", który w wyborach prezydenckich roku 2016 ubiegał się o mandat Demokratów. Jednocześnie w Partii Republikańskiej prawicowi Republikanie, w populistycznym, izolacjonistycznym stylu Trumpa "Ameryka przede wszystkim”, jeszcze bardziej zwarli szeregi wokół prezydenta i zaczynają dominować nad skrzydłem umiarkowanym w stylu zmarłego 25 sierpnia senatora Johna McCaina.

W prawyborach Partii Demokratycznej swoje kandydatury zgłosiła rekordowa liczba nowicjuszy, osób, które nigdy do tej pory nie sprawowały urzędu z wyboru, kobiet zaktywizowanych ruchem #MeToo i groźbą ograniczenia możliwości aborcji przez coraz bardziej konserwatywny skład Sądu Najwyższego, millenialsów - najmłodszego pokolenia wyborców, Afroamerykanów, Latynosów i mniejszości seksualnych (LGBT).

Katalizatorem aktywności Demokratów są przede wszystkim silne emocje, jakie wzbudza prezydent.

Demokraci otwarcie mówią, że zdobycie kontroli nad Izbą Reprezentantów zwiększy ich szanse na doprowadzeniu do postawienia Trumpa przed sądem Kongresu, czyli rozpoczęcia impeachmentu.

Obecnie, jak wykazał sondaż telewizji ABC i dziennika "Washington Post", którego wyniki zostały opublikowane 31 sierpnia, aż 60 procent Amerykanów - najwięcej od początku prezydentury Trumpa - negatywnie ocenia jego rządy. Odmiennego zdania jest tylko 36 procent respondentów.

Wśród Demokratów odsetek niezadowolonych z polityki Trumpa jest o wiele wyższy; aż 93 procent spośród nich negatywnie oceniło prezydenta Trumpa i jego politykę.

Takie nastawienie Amerykanów zdaniem politologów jest zapowiedzią "niebieskiej fali" (niebieski kolor na mapach politycznych USA jest kolorem Partii Demokratycznej, a czerwony Partii Republikańskiej), która może sprawić, że w listopadowych wyborach, po raz pierwszy od roku 2006, Demokraci odzyskają kontrolę nad Izbą Reprezentantów.

Republikanin John Couvillon, który analizował frekwencję w prawyborach w ostatnich latach nie wyklucza takiej możliwości. "W porównaniu z frekwencją w prawyborach przed wyborami środka kadencji roku 2014, widzę, z wyjątkiem kilku stanów, o wiele większą frekwencję Demokratów (w prawyborach) w stosunku do frekwencji Republikanów" - stwierdził.

Duża frekwencja tradycyjnie działa na korzyść Demokratów, których partia jest liczniejsza niż Republikańska.

Jak wynika z danych Couvillona, frekwencja wśród Demokratów w tegorocznych prawyborach wzrosła aż o 78 procent w porównaniu z rokiem 2014, podczas gdy frekwencja wśród Republikanów wzrosła tylko o 23 procent.

Dodatkowo kandydaci Partii Demokratycznej w wyborach do Kongresu zgromadzili o wiele większe fundusze na swoją kampanię. Kandydaci na kongresmenów zebrali 620 mln dol., a Republikanie 470 mln dol. Demokraci ubiegający się o miejsca w Senacie zgromadzili 368 mln dol., a republikańscy kandydaci do Senatu 258 mln dol.

Prawybory w zdecydowanej większości stanów mają charakter zamknięty - mogą w nich głosować tylko zarejestrowani wyborcy, którzy są członkami partii. Jednak sondaże ogólnokrajowe wskazują na rekordowe zainteresowania tegorocznymi wyborami środka kadencji wśród ogółu uprawnionych do głosowania Amerykanów.

Jak wykazał sierpniowy sondaż portalu informacyjnego Politico przeprowadzony wspólnie z instytutem Morning Consult, 66 proc. wyborców zamierza głosować w tegorocznych wyborach środka kadencji. Jeśli takie zainteresowanie Amerykanów utrzyma się do listopada, to widoczny od początku tego wieku spadek frekwencji w tym głosowaniu może zostać powstrzymany.

Z danych federalnego Biura Spisu Powszechnego Stanów Zjednoczonych (Census Bureau) wynika, że w wyborach środka kadencji frekwencja jest coraz niższa: w 2006 roku głosowało 47,8 proc. uprawnionych, w 2010 r. - 45,5 procent, a w 2014 roku - tylko 41,2 proc.