– Kontrakt opiewa na tysiąc takich pocisków – przynajmniej w pierwszym podejściu. Zaczną być dostarczane do jednostek wojskowych jeszcze w tym roku, całość realizacji w roku przyszłym – deklarował 20 listopada ubiegłego roku ówczesny minister obrony narodowej Antoni Macierewicz. Chodzi o zestawy amunicji krążącej. Czyli mocno upraszczając, płatowce, które sterowane przez operatora mogą podlecieć do celu, np. wozu bojowego, i uszkodzić go, detonując głowicę.

Ta zapowiedź padła podczas podpisania kontraktu na zakup zestawów Warmate w siedzibie WB Electrocnics w podwarszawskim Ożarowie. Jest to największy polski prywatny producent uzbrojenia (niecałe dwa tygodnie wcześniej Polski Fundusz Rozwoju kupił w nim 24 proc. udziałów za 128 mln zł).

Płatowiec robiony jest przez WB. Głowica bojowa została opracowana przez Wojskowy Instytut Techniki Uzbrojenia, a produkowana jest przez bydgoskie zakłady Belma (Polska Grupa Zbrojeniowa).

Podczas publicznego podpisania kontraktu nie wspomniano, że była to umowa ramowa, która przewidywała dostawę 100 sztuk Warmate’ów do końca 2017 r., a później dwie kolejne transze po 400 i po 500 sztuk. Całość zamówienia ma wartość ok. 100 mln zł, ale wówczas potwierdzono tylko zakup 100 pierwszych sztuk. Mimo zapowiedzi Antoniego Macierewicza jego następca minister Mariusz Błaszczak dotychczas nie zamówił kolejnych zestawów tej broni. Na pytanie, czy w najbliższym czasie będzie realizowany kolejny zakup, resort nam nie odpowiedział.

Grudzień to rajd św. Mikołaja – resort podpisuje duże kontrakty

Te sto sztuk (wartość zamówienia ok. 10 mln zł) trafiło do Wojsk Obrony Terytorialnej. – Liczymy, że resort zdecyduje się na kontynuację zakupu, ponieważ nasza amunicja krążąca dobrze się sprawuje – mówi Piotr Wojciechowski, prezes i główny udziałowiec WB Electronics.

Wczoraj WB Electronics odwiedził premier Mateusz Morawiecki, który oglądał m.in., jak powstają zestawy Warmate. O kontynuacji lub zerwaniu zamówienia oficjalnie nikt nie mówił. Co może dziwić, bo szefem kancelarii premiera jest Michał Dworczyk, który jako wiceminister obrony był obecny przy podpisaniu listopadowej umowy.

Trudno spekulować, czy i kiedy w Ministerstwie Obrony Narodowej zapadnie decyzja co do zakupu reszty zestawów przewidzianych w umowie ramowej (900 sztuk). Równocześnie WB swoje produkty sprzedaje choćby na Ukrainę czy do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z czego wynika ta opieszałość? – Moim zdaniem to zwyczajny brak decyzyjności, nie szukałbym tu drugiego dna – mówi nam jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.

To samo usłyszeliśmy w nieoficjalnych rozmowach z przedstawicielami WB. Zwyczajowo zakupy w resorcie obrony w dużej mierze są robione w ostatnim kwartale. W ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju rajdem św. Mikołaja – duże kontrakty były podpisywane w grudniu. Wszystko po to, by zrealizować budżet. Jednak w tym roku – w związku z podpisaniem umowy na zakup zestawów obrony powietrznej Patriot – możliwości łatwego wydawania pieniędzy przez resort obrony są olbrzymie. Nawet jeśli 28 grudnia okaże się, że w kasie MON są setki niewydanych milionów złotych, to po prostu można je bez problemu przekazać na poczet Patriotów – dwie zamówione baterie kosztują prawie 5 mld dol. Ofiarą tej księgowej elastyczności i braku presji mogą paść polskie zakłady zbrojeniowe, które na kolejne zamówienie będą czekać jeszcze dłużej niż dotychczas.

>>> Polecamy: Polski śmigłowiec lepszy od Caracali? "Świdnik ma potencjał, by odpowiedzieć na oczekiwania armii"