Gulyas powiedział na konferencji prasowej, że zgodnie z Traktatem Lizbońskim do przyjęcia rezolucji potrzebna była większość 2/3 oddanych głosów, a więc należało wziąć pod uwagę także głosy wstrzymujące się i gdyby tak zrobiono, nie byłoby niezbędnej większości.

Oświadczył, że dopóki nie zostanie rozstrzygnięty spór prawny w tej sprawie, rezolucja nie może mieć dalszych konsekwencji prawnych.

Jak sprecyzował, głosowanie nad rezolucją było ważne, ale wyniki ustalono niezgodnie z prawem.

Dodał, że w poniedziałek odbędzie się posiedzenie rządu poświęcone sprawom unijnym, na którym zostaną podjęte konkretne decyzje prawne. Za najbardziej prawdopodobne wyjście uznał wystąpienie do sądu o stwierdzenie nieważności wyników.

Jak wynika z opinii prawnej przekazanej do europarlamentu przez przedstawicielstwo Węgier w Brukseli, kraj ten może złożyć skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z głosowaniem. Portal Politico ujawnił list, który przedstawicielstwo Węgier skierowało do PE jeszcze przed głosowaniem. Wynika z niego, że Węgry nie uznają rezolucji za przyjętą, jeśli w głosowaniu w tej sprawie nie zostaną uwzględnione głosy wstrzymujące się.

Gulyas potwierdził też w czwartek stanowisko rządu Węgier, zgodnie z którym w rezolucji nie chodzi w istocie o praworządność, a o jej przyjęciu decydowały poglądy w sprawie imigracji.

Zapytany, czy rząd Węgier nadal popiera ambicje kierowania Komisją Europejską wyrażone przez szefa Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera, odparł, że nie podjęto jeszcze oficjalnej decyzji o jego poparciu, ale nie można udawać, że Weber w interesie własnych ambicji, wbrew swojej partii, zagłosował za rezolucją.

Rezolucję w sprawie uruchomienia art. 7 poparło 448 europosłów, 197 było przeciw, natomiast 48 wstrzymało się.

>>> Czytaj też: Premier Czech: Węgry to nasz sojusznik, popieramy Orbana