Tak się złożyło, że krótko potem siedziałem kilka krzeseł od Nasha na utrzymanym w dość nieformalnej atmosferze zjeździe ekonomistów w niemieckim Lindau. Potem były nawet tańce, w których sędziwy noblista aktywnie się udzielał. Nash zmarł kilka lat później, ale już wtedy, gdy miałem okazję obserwować go na żywo, nie wyglądał na kogoś, kto wieczorami siada do tajnego superkomputera i rozwija nikczemny plan stworzenia globalnej kryptowaluty, która podważy oficjalny kontrolowany przez światowe rządy obieg monetarny. Koniec końców nie odważyłem się zapytać, czy jest Satoshim Nakamoto. Ani nawet, co sądzi o kryptowalutach. I szczerze mówiąc, do dziś nie mam jasności na temat kryptowalut.

Może dlatego uważnie gromadzę wszelkie głosy pojawiające się w dyskusji o bitcoinie i jego następcach. Ostatnio weszły one na kolejny nowy poziom. Dziś mówi się o walutach takich jak tether, basis czy sagacoin. W przeciwieństwie do ich buntowniczego dziadunia bitcoina nie stoi za nimi nawet cień anarchistycznego pazura. Nowe kryptowaluty to działające oficjalnie start-upy, których celem jest podbój nowego perspektywicznego rynku i osiągnięcie zysku. Hipisowski bitcoin był kursowo rozszalały. Grzeczne „kryptownuki” obiecują zaś użytkownikowi pewność stabilność, dlatego wiążą swoje waluty z dolarem, euro lub koszykiem innych walut. W ten sposób chcą osiągnąć to, czego bitcoinowi nigdy osiągnąć się nie uda. Zamierzają wejść do powszechnego obiegu. Stać się alternatywnym środkiem płatniczym na szeroką skalę. Nie tylko dla mniejszej lub większej garstki komputerowych geeków lub osób pragnących zachować anonimowość swoich transakcji w sieci.

I właśnie dlatego trzeba na te niewiniątka bardzo uważać – twierdzi znany amerykański ekonomista Barry Eichengreen, słynący głównie ze swoich krytycznych prac na temat europejskiej integracji monetarnej. Okrzyknięto go ekonomicznym prorokiem, gdy okazało się, że euro się sypie.

Pytany o kryptowaluty Eichengreen wskazuje na trzy problemy. Po pierwsze, załóżmy, że kryptowaluta ma pełne pokrycie w dolarze albo innym twardym pieniądzu. Czyli że w każdym momencie wymieni swojego tathera na dolara. Ale jaką mamy pewność, że tak się stanie? Zwłaszcza po osiągnięciu przez taką cyberwalutę większej skali? W przypadku państwa emitującego walutę jest wiele sposobów dochodzenia swoich wierzytelności. Bo państwa nie znikają. A emitent cyberwaluty zniknąć może.

Drugi scenariusz zakłada tylko częściowe pokrycie w twardej walucie. To daje emitentowi głębszy oddech i szersze pole manewru. Ale czy naprawdę tak szerokie? Eichengreen wątpi. wskazując, że jest to sytuacja bliźniacza do tej, w jakiej już nieraz znajdowali się politycy krajów rozwijających, którzy próbowali przypiąć swoją walutę do dolara. Wszyscy oni musieli dzień i noc drżeć przed utratą zaufania inwestorów. Bo gdyby zostało utracone i ruszyła lawina, to wiadomo, że by się nie wypłacili.

Trzecia droga zakłada emitowanie obligacji, które będą stanowiły zabezpieczenie waluty. Tak samo robili wspomniani już przywódcy krajów niedolarowych, którzy chcieli się pod dolara podpiąć. Zabieg nie dawał im jednak nigdy stuprocentowej ochrony przeciwko atakom spekulacyjnym. Tak zwane pewne kryptowaluty tym bardziej nie będą od nich bezpieczne.

Eichengreen wątpi więc mocno w bezpieczeństwo kryptowalut. Nawet tych reklamowanych jako „stabilne”. Nie zamyka to oczywiście tematu. Ale przynajmniej daje trochę światła.

>>> Czytaj też: Powstaje bitcoinowa policja. Czy to ukróci manipulacje i oszustwa na rynku?