Co pani czuje, kiedy słyszy „innowacja”? Bo ja lekko wzdragam się na myśl o niej – wszyscy powtarzają to słowo niczym mantrę, podczas gdy w naszej rzeczywistości niewiele ono znaczy.

Rzeczywiście słowo „innowacja” jest w ostatnim czasie bardzo modne, a przez to nadużywane. Bywa że stosuje się je na wyrost. Definicja słownikowa innowacji mówi nam o tym, że jest to istotna zmiana dotycząca technologii, produktu czy usługi, która w sposób znaczący wpływa na nasze życie. To coś nowego i lepszego w stosunku do tego, do czego się przyzwyczailiśmy, co mamy na co dzień. Coś, co ma nam uprościć i polepszyć komfort życia. Sprawia, że zaczynamy biegać szybciej, żyć dłużej, jesteśmy zdrowsi albo zaspokajamy swoje potrzeby w nowy sposób.

A czy przychodzi pani do głowy jakaś innowacja, którą nam ostatnio podarowali polscy wspaniali naukowcy do spółki – oczywiście – z biznesem?

Kultura zmiany albo istnieje w społeczeństwie, pomnaża się, albo nie. A my tę kulturę zmian mamy bardzo głęboko zakorzenioną. Polacy przez 200 lat musieli sobie radzić z przeciwnościami losu i z niedoborem pieniędzy i produktów, jakoś te niedobory łatać, więc między innymi dzięki temu mamy mocno rozwinięty gen innowacyjności. Chętnie podaję przykład naszego polskiego Edisona Jana Szczepanika, który zarejestrował najwięcej chyba patentów, od kamizelki kuloodpornej, skutecznie przetestowanej na samym sobie, później wdrożonej w policji w Hiszpanii, Niemczech, Austro-Węgrzech, po pierwszą barwną fotografię.

Dobrze zrozumiałam, że mówi pani o początku XX w.?

Tak, ale to się łączy. Gdy odwiedziłam ostatnio Valeo, firmę, która mieści się w jednej z naszych specjalnych stref ekonomicznych i produkuje wycieraczki dla niemal wszystkich samochodowych koncernów na świecie, to z łezką w oku wspominam, że pierwsza wycieraczka to także pomysł Polaka. Mamy jako kraj na koncie sporo wynalazków, zarówno wielkich, jak i tych całkiem niepotrzebnych, jak automatyczne bujaki do kołysek dla dzieci.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP