Drugi powód to drastyczne wstrzymanie finansowania zarówno klientów, jak i samych deweloperów przez banki. Elementy te bezpośrednio wpłynęły na niemal całkowite zahamowanie sprzedaży na cztery tygodnie. Zaistniała sytuacja wymusiła oczywiście pewne korekty w ofercie firm deweloperskich, ale poniesione przez nie koszty powodują, że nie ma co liczyć na dalsze obniżki. Mieszkania oferowane dzisiaj na rynku są efektem zakupów nieruchomości i kontraktów podpisywanych dwa lata temu, czyli w samym szczycie hossy mieszkaniowej. Jeśli nastąpi jakakolwiek dalsza obniżka cen, to raczej będzie ona wynikiem wprowadzania nowych projektów, ale dotyczyć to może dopiero II połowy 2009 roku. Kontrakty budowlane zawierane w ostatnich dwóch miesiącach były wciąż na wysokim poziomie cenowym. Nie sądzę więc, żeby produkt był sprzedawany taniej niż do tej pory (nie ma na to żadnego merytorycznego uzasadnienia).

Lekka odwilż na rynku nastąpiła ponownie po względnym ustabilizowaniu się kursu złotego i przyjęciu przez NBP tzw. pakietu zaufania. Część klientów, którzy na początku października wyrażali zainteresowanie mieszkaniami, wraca teraz do transakcji. Jako że dane makroekonomiczne są dalekie od tych, które pamiętamy z czasów kryzysu 2002 roku, w mojej ocenie nie ma powodów do niepokoju na dłuższą metę. Nie ma również obawy przed nadpodażą - zwiększona liczba niesprzedanych lokali jest zjawiskiem sztucznie wywołanym brakiem finansowania i strachem przed wciąż nie do końca określonymi skutkami ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego.

Absorpcja rynku nigdy nie spadała poniżej pewnej wartości i tak też będzie w 2009 roku. Zjawisko niedoboru mieszkań może być kwestią najbliższych kilkunastu miesięcy. Wiązać się to będzie z drastycznie ograniczonymi inwestycjami deweloperów, którzy nie będą skorzy do podejmowania ryzyka wychodzenia z nowymi projektami bez pewności, że będą je mogli z sukcesem uplasować na rynku. Wydaje się, że tendencją wiodącą będzie realizowanie mniejszych obiektów, 70-100-mieszkaniowych.