Od sześciu miesięcy wspólna waluta europejska znajduje się w stałym trendzie rosnącym wobec euro, co – poprzez cios w perspektywy zwiększenia eksportu – zagraża przytłumieniem tempa wzrostu. Jego natychmiastowe zagrożenie nie wydaje się duże: ostatnie zwyżki kursu euro nie sięgnęły rekordowego poziomu ubiegłorocznego, gdy płacono za nie prawie 1,60 dolara. EBC martwi jednak to, że ostatnie zwyżki kursu następują w momencie nowej fazy rozwoju gospodarki światowej, w której to fazie strefa euro poniesie główny ciężar procesu globalnej korekty. Słabszy dolar może pomóc w redukcji ogromnego deficytu rozrachunków bieżących USA, ale może również zadać cios strefie euro – właśnie w momencie, gdy wzrost eksportu wydaje się być siłą, prowadzącą do wyjścia z recesji.

EBC naprawdę niepokoi mocna pozycja euro, ponieważ wejście strefy euro na ścieżkę wzrostu jest bardziej niż kiedykolwiek uzależnione od popytu zagranicznego mówi Gilles Moec, ekonomista ds. europejskich w Deutsche Bank. Strefa euro ma w zasadzie zrównoważony bilans obrotów bieżących. Jak jednak zauważa Komisja Europejska w swoim ostatnim raporcie: „Choć strefa euro jako całość nie przyczynia się do nierównowagi globalnej, ale sposób rozdziału tej nierównowagi może na nią znacząco wpływać”. Perspektywy wzrostu unii walutowej wyglądały marnie nawet bez wzrostu kursu euro. Ekonomiści z Unicredit szacują, że 2-procentowe umocnienie się euro od lipca (w ujęciu ważonym obrotami) spowoduje przez dwa lata spadek stopy wzrostu gospodarczego strefy 0,2 punktu procentowego. O reakcji politycznej na tę sytuację dotychczas nie słychać. Jednym z wyjaśnień może być fakt, że we Francji – gdzie politycy nie ociągają się z zastrzeżeniami wobec silnej waluty – wzrost eksportu należy do najszybszych w regionie.

Poza tym sprzedaż samochodów otrzymała bodziec w postaci rządowych programów „gotówka za graty”. Najnowsze trendy walutowe skłoniły Jeana-Claude’a Tricheta, prezesa EBC, do nasilenia interwencji werbalnych. Początkowo podkreślał, że USA publicznie deklarują zainteresowanie silnym dolarem. Następnie ostrzegł, że „nadmierna zmienność i nieskoordynowane zmiany” jego kursu będą mieć „szkodliwy wpływ” na różne gospodarki. Na posiedzeniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Istambule w tym miesiącu powiedział natomiast, że przywrócenie równowagi w gospodarce światowej nie musi „wcale oznaczać zmiany wzajemnych pozycji dolara i euro”.

W zeszłym tygodniu, po spotkaniu EBC w Wenecji, prezes Trichet poszedł dalej, stwierdzając, że władze po obu stronach Atlantyku będą w tej dziedzinie „współpracować na ile trzeba”, w razie konieczności uruchamiając bardziej zdecydowane działania. Właściwie prezes Trichet w większości trzymał się sformułowań uzgodnionych przez ministrów finansów i szefów banków centralnych Grupy 7 najbardziej uprzemysłowionych państw świata, odmawiając komentarzy co do dalszych ewentualnych posunięć. Mimo to Aurelio Maccario z banku Unicredit uważa, że wypowiedzi szefa EBC sugerują „rosnące niezadowolenie z pozycji euro”. Co może więc zrobić EBC? W USA decydujący głos w sprawie kursów walutowych należy do Departamentu Skarbu.

Bank centralny strefy euro ma tu więcej swobody. Choć ministrowie finansów mogą ustalać generalne zasady, w praktyce tego nie robią, pozostawiając decyzje EBC. Ta instytucja zna jednak swoje ograniczenia, nie ma też szczególnych sukcesów pod względem interwencji werbalnych. Większe powodzenie miała interwencja podjęta w 2000 roku wspólnie z z Rezerwą Federalną i innymi bankami w celu wsparcia słabego euro. Był to punkt zwrotny w historii euro. I tym razem polityka wobec euro będzie skuteczna tylko pod warunkiem współdziałania z Fed. Choć jednak Fed mówi o silnym dolarze, to jego słabość ułatwia USA korektę gospodarczą. Tak więc dla EBC problem stanowi waluta amerykańska.