Niemcy opracowali gigantyczny plan ich budowy nad brzegiem morza, a nawet na szelfie, gdzie ramiona śmigieł z kompozytów mają po kilkadziesiąt metrów. Ministerstwo transportu zaaprobowało program budowy 2500 turbin wiatrowych. Zapewni pracę na północy kraju nawet 30 tys. ludzi. Miliony euro z funduszy państwowych i korporacji poszło na rozbudowę portów, zaplecza biznesowego (parki technologiczne) i niezbędnej infrastruktury.

Plan zakłada, że turbiny wiatrowe będą dostarczać aż 12 tys. MW energii potrzebnej dla 12 mln gospodarstw domowych. Tyle samo wytwarza 12 elektrowni atomowych. Stąd problem. Każda turbina kosztuje ok.10 ml euro, gdyż budowa i utrzymanie, zwłaszcza w głębi morza są niezwykle kosztowne. Dlatego zadania podjęły się koncerny energetyczne dysponujące milionami euro. Wśród nich znalazły się te, które zbudowały i eksploatują elektrownie jądrowe: E.on., RWE, Vattenfall czy EnBW. Przypadło na nie dwie trzecie planowanych inwestycji nadmorskich.

Na razie działają tylko instalacje testowe na szelfie, zbudowane przez E.on, Vattenfall i firmę EWE z Oldenburga. Przeciwnicy projektu, głównie ekolodzy i analitycy rynku energetycznego obawiają się, że ambitne plany mogą zostać zastopowane, gdy rząd uzna, że nie będzie likwidował elektrowni jądrowych, jak pierwotnie zakładano do 2020 r.

Firmom nie spieszno

- Mamy więc konflikt często w łonie firmy - mówi Ulf Gerder, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Energii Wiatrowej. Producenci prądu na razie zdecydowanie polegają na nowoczesnych elektrowniach konwencjonalnych i atomowych niż energii odnawialnej. Jeżeli więc ruszą za szybko z budową farm wiatrowych, to mogą mieć nadmiar mocy i będą zmuszeni obniżyć cenę prądu.

Nie postępuje budowa infrastruktury dla farm, co oznacza, że koncernom nie spieszy się. Brakuje zwłaszcza sieci energetycznej, by po kraju rozprowadzić prąd z siłowni wiatrowych. Nowe prawo o energii odnawialnej wymienia energią z wiatru jako precedens - ale im mniej linii do jej przesyłu, tym więcej przedsiębiorstw będzie musiało wytwarzać prąd tradycyjnie, który pozwala im więcej zarobić. - Na pewno nie będą rujnować swoich kalkulacji, jeśli tylko nie będą musieli - zapewnia Baerbel Hoehn, wieceszefowa Partii Zielonych. Uważa, ze im dłużej elektorowie atomowe będą produkować prąd, tym wolniej postępować będzie rozbudowa kosztownych siłowni wiatrowych.

Jej zdaniem zwrot inwestycji w nadmorskie fermy wiatrowej waha się w przedziale 10-15 proc., co stanowi zaledwie jedna piatą zysku generowanego przez elektrownie jądrowe.

Ekspansji nie będzie

Gołym okiem widać, że ani E.on ani Vattenfall nie śpieszą się z inwestycjami. Gdyby wielkie koncerny były pewne zysku, to już dawno rozbudowałyby sieci przesyłu. – Tak się nie stało - wskazuje Gerder. Inaczej, niż np. w Wielkiej Brytanii, gdzie koncern RWE wietrzy dobry interes w farmach wiatrowych, bo liczy, że wejdzie na intratny rynek prądu. - W Niemczech, dla kontrastu, ta firma konkurowałaby sama ze sobą, gdyż jest mocna w energetyce węglowej - dodaje.

Baerbel Hoehn jako przeciwniczka energii atomowej zgadza się z tym. – Jeżeli użycie reaktorów nuklearnych zostanie przedłużone, to nie będzie żadnej ekspansji energetyki wiatrowej w najbliższej przyszłości - podkreśla.

Podkopie to inwestycje już poczynione w portach. Zarządy portów w Bremerhaven, Emden, Cuxhaven, Rostocku i Wismarze zainwestowały sporo w urządzenia przeładunkowe i zachęciły lokalne firmy do udziału w boomie wiatrowym. Jeżeli więc zostaną wstrzymane, to dotknięte kryzysem wybrzeże Niemiec nie otrzyma nowych miejsc pracy, na które liczą władze lokalne.

Producenci prądu trzymają fason

EnBW, RWE i Vattenfal zgodnie zaprzeczają, jakoby sami sobie chcieli szkodzić. Zarząd RWE podkreśla, że inwestycje wiatrowe przebiegają zgodnie z harmonogramem. Dodaje, że nadal będzie inwestował 1 mld euro rocznie w energetykę odnawialną, niezależnie czy elektrownie atomowe zostaną zamknięte czy nie. Po prostu firma wyłączy stare, opalane węglem, gdy wejdą do użytku napędzane siłą wiatru.

Dotychczasowe informacje z rokowań kolacji potwierdzają, że żywot siłowni jądrowych zostanie przedłużony. Agencja DPA podaje, że nowy kompromisowy program energetyki ma być opracowany do końca roku, a główny nacisk położy się na standardy bezpieczeństwa.

Nie wszystkie koncerny jednakowo skorzystają na dłuższym żywocie siłowni jądrowych. Firma E.on posiada np. więcej nowoczesnych reaktorów, które może eksploatować przez długi jeszcze czas. Ale EnBW będzie musiała sporo zainwestować w dwie z czterech siłowni, aby spełnić normy bezpieczeństwa albo zamknąć zgodnie z planem. Dwie siłownie Vattenfall w Brunsbuettel i Kruemmel, są w tej chwili wyłączone z racji problemów technicznych. Zaostrzone normy bezpieczeństwa pomogą zamknąć je na dobre.

Nic za darmo!

Może się okazać, że koncerny zostaną zmuszone do większych inwestycji w technologie odnawialne w zamian za przedłużenie życia siłowni atomowych. Minister środowiska Badenii-Wuertembergii Tanja Goenner chciałaby zmusić firmy do przeznaczania „co najmniej” połowy zysków z czynnych elektrowni jądrowych na ten cel. – Ich dalsza działalność nie może odbywać się za darmo - argumentuje.

Otwartym jest pytanie, ile koncerny energetyczne gotowe są zapłacić za dalsze korzystanie z siłowni jądrowych? Prezes koncernu EnBW Hans-Peter Villis już oświadczył, jak podaje tygodnik „Der Spiegel”, że nie zapłaci „ani grosza”. Czy poprą go inni? Zobaczymy.