Gdyby indeksy znowu spadły to otrzymalibyśmy klarowny sygnał sprzedaży. Byki tę potyczkę jednak wygrały. Spójrzmy na szczegóły.

Dane makro były mieszane. Indeks wskaźników wyprzedających (LEI) wzrósł mocniej niż oczekiwano (1 proc.), co stało się w wielu komentarzach jednym z powodów zwyżki. To jest jednak wielkie nieporozumienie. Od dawna wiadomo, że LEI niczego nie sygnalizują. Pamiętam okres, kiedy ten indeks spadał przez 7 miesięcy z rzędu, a gospodarka miała się bardzo dobrze. Bardzo słabe były dane z rynku pracy. Ilość noworejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 11 tysięcy (531 tys.) – oczekiwano spadku. Pocieszono się jednak szybko tym, że średnia czterotygodniowa spadła do najniższego poziomu od 9 miesięcy. Kolejny raport z rynku nieruchomości też okazał się być słaby. Publikowany przez FHFA raport o cenach domów pokazał spadek o 0,3 proc. (oczekiwano wzrostu). Jak widać trudno było znaleźć w danych powód do kupna akcji.

Ciekawe rzeczy działy się na rynku akcji. Przypominam, że po środowej sesji słabe wyniki opublikowała Ebay. Przed sesją jednak wiele spółek też podawało wyniki. 3M (prawdziwa gospodarka USA w pigułce) bardzo usatysfakcjonował inwestorów. UPS (często uznawany za barometr gospodarki) nie zachwycił, bo jego zyski znacznie spadły (ale były oczywiście lepsze od oczekiwań), a poza tym prognozy spółki były co najmniej niejasne – kurs zmieniał się nieznacznie. Ucieszył graczy McDonald’s i AT&T. Poza tym rósł kurs American Express po tym jak Moody’s Investors Service poinformował, że wartość niespłacanych kart kredytowych zmalała.

Gołym okiem było widać, że informacji zachęcających do kupna akcji było nawet mniej niż w poprzednich dniach. Nic dziwnego, że indeksy rozpoczęły dzień od spadku, ale po 1,5 godzinie już tylko rosły. Najmocniejsze były spółki sektora finansowego. Spotkałem się z tezą, że drożały dlatego, że Fed po raz pierwszy w swojej historii podjął decyzję o ingerowaniu w politykę plac tego sektora. Podobno ma dbać o to, żeby płace nie zachęcały do podejmowania nadmiernego ryzyka. Według mnie to powinno graczy wystraszyć, a nie zachęcić - chyba, że oczekiwali czegoś gorszego. Dzień zakończyliśmy jednoprocentowym wzrostem indeksu S&P 500 i co prawda opór na 1.100 pkt. jest nadal nietknięty, ale byki pokazały, że żyją i nie należy spisywać ich na straty. Sytuacja techniczna nadal jest niewyjaśniona – trzeba poczekać albo na przełamanie 1.100 pkt. (otwiera drogę do 1.170 pkt.), albo na potwierdzone odbicie.

GPW w czwartek od początku dnia dzielnie się broniła przed przeceną. Środowe załamanie indeksów w USA nie pozostawiało jednak nawet tak silnemu rynkowi jak nasz wyboru – indeksy spadały. Tyle tylko, że WIG20 po początkowym silniejszym spadku stabilizował się w odległości około pół procent od poziomu środowego zamknięcia. Najmocniejsze w tym indeksie były nadal największe spółki. Przed południem indeks zanurkował idąc za spadającymi o blisko dwa procent rynkami europejskimi, ale nawet wtedy WIG20 tracił tylko około 1 procenta.

Potem było już tylko lepiej. Każde drgnięcie kontraktów w USA podnosiło nasze indeksy, co skończyło się nawet po pobudce w USA przejściem WIG20 na zieloną stronę. Nie udało się zakończyć dnia zwyżką, ale ten naprawdę kosmetyczny spadek jest olbrzymim sukcesem byków. Trzeba pamiętać o tym, że indeksy we Francji i Niemczech spadły ponad jeden procent. Sygnał kupna będzie po piątku nadal obowiązywał.