W owym czasie chodziły słuchy, że Citigroup chciałaby sprzedać Banamex – jedną z gwiazd swej blednącej galaktyki. Dziś te pogłoski ustąpiły miejsca spekulacjom, że – chce czy nie chce – Citi może być zmuszona do sprzedaży.

Rygorystyczne prawo

Wydarzenia w sprawie Banameksu, na który przypada obecnie 15 proc. światowych zysków Citigroup i który wycenia się na 20 mld dol., potoczyły się tak nieprawdopodobnym torem dlatego, że meksykańskie prawo nie dopuszcza posiadania przez rządy obcych państw udziałów w meksykańskich bankach.

Banamex podkreśla, że po światowej akcji ratowania banków inne zagraniczne banki meksykańskie znalazły się w podobnej sytuacji. Jednak to na nim skupia się uwaga, ponieważ to on rozbudza narodowe namiętności, tak jak żadna inna instytucja finansowa.

Banamex, którego pełna nazwa brzmi: Banco Nacional de Mexico, ma nawet w swej historii pewne powiązania z Pancho Villa, bohaterem meksykańskiej rewolucji, który w 1916 roku podjął wobec w banku działania interwencyjne.

Politycy obrali Banamex za cel nasilającej się kampanii na rzecz wyjaśnienia przepisów, a zwłaszcza pociągnięcia Ministerstwa Finansów do odpowiedzialności za sposób działania w tej sprawie.

Obrona interesu publicznego

– Naszym zadaniem jest obrona interesu publicznego i praworządności – głosi wydany 27 września komunikat prasowy Manlia Fabia Beltronesa, członka opozycyjnej Instytucjonalnej Partii Rewolucyjnej, która przewodzi debacie.

Postanowieniem z marca Ministerstwo Finansów uznało, że Banamex ani inne banki w podobnej sytuacji nie naruszają prawa, ponieważ – jak głosił jeden z wielu punktów uzasadnienia – do objęcia udziałów przez obce rządy nie doszło w wyniku rozmyślnego działania, ani na stałe.

Citigroup i Banamex uważają, że to postanowienie kładzie kres wszelkim wątpliwościom. Niedawno Banamex oświadczył „FT”: „Banamex, podobnie jak pozostałe instytucje w podobnym położeniu, nie jest i nie był w sytuacji wątpliwej czy niezgodnej z prawem”. Niemniej Ministerstwo Finansów zapowiedziało w marcu, że zamierza przesłać do Kongresu projekt aktu prawnego, który wyjaśni sytuację – co świadczy o tym, że po cichu uznaje, iż nie wszystko jest czarne lub białe.

Przypuszczalnie proponowany przepis przewidywałby, że instytucja, w której po trzech latach obcy rząd nadal posiada udziały, jest obowiązana sprzedać 25 proc. tych udziałów, a po sześciu latach – 50 proc. Dotychczas taki projekt nie wpłynął.

W tym tygodniu Beltrones ma złożyć w sądzie najwyższym formalny wniosek o sprawdzenie zgodności marcowego postanowienia z konstytucją.

Niektórzy analitycy uważają, że w ten sposób Beltrones i jego partia chcą dopiec centroprawicowej administracji prezydenta Felipe Calderóna we wrażliwym momencie, gdy Kongres analizuje kontrowersyjny budżet na 2010 rok, który wiąże się z politycznie niepopularnymi podwyżkami podatków.

Prezes banku centralnego Guillermo Ortiz powiedział „FT”, że jego zdaniem wszystkie meksykańskie spółki zależne banków zagranicznych powinny mieć formę spółki publicznej, „żeby ich akcje mogły być notowane na meksykańskiej giełdzie papierów wartościowych”.

Dylemat Citigroup

Guillermo Ortiz nie wymienił Banameksu z nazwy, ale część wpływowych bankowców uważa, że zmuszenie Citigroup do sprzedaży co najmniej części Banamexu poprzez wprowadzenie spółki na meksykańską giełdę papierów wartościowych byłoby korzystne dla wszystkich zainteresowanych.

Ministerstwu Finansów przyniosłoby rozwiązanie kłopotliwego problemu; Beltronesowi – polityczne zwycięstwo: mógłby przypisać sobie triumf w walce o interesy narodowe. Być może nawet Citigroup byłaby zadowolona z poważnego zastrzyku finansowego.

Jednak Citigroup oświadczyła „FT”: „Naszym celem jest jak najszybsza spłata TARP (pomocy uzyskanej od rządu USA), a to zakończy cały spór.