Dane z rynku nieruchomości po raz pierwszy od dłuższego czasu były dobre. Sprzedaż domów na rynku wtórnym wzrosła o ponad 9 procent do poziomu najwyższego od dwóch lat. Dobre dane? Niby tak, ale przecież wszyscy zdają sobie sprawę, że podkręcane są wyjątkowo niskimi stopami, a przede wszystkim tym, że dopłatę do kupna pierwszego domu (swoista „rodzina na swoim”) będzie można dostać, jeśli sprzedaż zostanie sfinalizowana do końca listopada. Ze spółek też napływały niezłe informacje. Przed sesją opublikowane zostały dwa ważne raporty kwartalne: Honeywella i Microsoftu. Zysk Honeywella spadł o 15 procent, ale oczywiście był lepszy od prognoz. Microsoft też (znowu „oczywiście” ;-) podał wyższy od oczekiwań zysk (ale niższy o 18 procent niż rok temu) przyznając, że ta poprawa jest wynikiem kontroli kosztów. Przypomnijmy, że po czwartkowej sesji dobre wyniki podała Amazon.com, American Express i Capital One.

Wydawało się więc, że nic nie ocali oporu. Rzeczywiście, indeks S&P 500 próbował go zaatakować i błyskawicznie się odbił, po czym zaczął całkiem mocno spadać. Był moment, w którym tracił nawet prawie 1,5 procent. Analitycy amerykańscy usiłują tłumaczyć takie zachowanie rynku ostrzeżeniami płynącymi ze strony … linii kolejowych. Prognozy Union Pacific i Burlington Northern były rzeczywiście niezwykle ostrożne. Mówiły nawet o “kulejącej gospodarce”. To rzeczywiście jest prawda, że aktywność linii kolejowych poprzedza realne ożywienie gospodarcze, ale nigdy nie słyszałem, żeby gracze na takie sygnały reagowali. Nie reagują też przecież na zmiany Baltic Dry Index (koszt frachtu towarów masowych drogą morską), a to przecież jest podobny barometr tyle, że gospodarki globalnej.

Ostrzeżenia linii kolejowych to były tylko wygodne preteksty pozwalające niedźwiedziom zapanować na rynku. Opór na poziomie 1.100 pkt. okazał się być znowu za silny. Można by powiedzieć, że korekta musi się teraz rozwinąć, ale to samo można było powiedzieć, po spadku wywołanym przez ogłoszenie przez Wal-Mart wojny cenowej w środę, a jednak indeksy w czwartek solidnie wzrosły. Sesja niczego nie wyjaśniła – znacznie wzmocniła opór, co nie znaczy, że nie da się go pokonać. Czekamy na utworzenie jakiejś sensownej formacji technicznej, która pokaże indeksom kierunek.

GPW w czwartek zachowała się klasycznie. Indeksy błyskawicznie wzrosły, a WIG20 przełamał poziom 2.400 pkt. Można nawet powiedzieć, że było to zachowanie lepsze od oczekiwań, bo przecież w Europie tylko odrabiano spadki, a my kontynuowaliśmy wzrosty i to odrabialiśmy w dobrym stylu. Po tak dobrym początku zapanowała oczekiwana, wielogodzinna stabilizacja. Dopiero po czterech godzinach, po pobudce w USA byki zaczęły mocniej przyciskać pedał gazu.

Wydawało się, że kropkę nad i postawiła publikacja raportu kwartalnego przez Microsoft, bo WIG20 szybko zwiększył skalę zwyżki, ale okazało się, że reakcja Amerykanów wcale nie było entuzjastyczna. To szybko cofnęło WIG20 do poziomu poprzedniej stabilizacji, ale fixing znowu go podniósł, dzięki czemu zakończyliśmy dzień wzrostem o 1,9 procent. GPW była naprawdę niezwykle silna. Nawet jednak silne rynki muszą się czasem poddać korekcie. Może się przedłużyć, jeśli europejskie i amerykańskie indeksy będą spadały, ale jeśli tylko pojawi się szansa na odbicie w USA to u nas indeksy znowu wzrosną.