Za spadkami przemawia także fakt, że banki muszą sprzedać więcej swoich akcji, żeby zwiększyć kapitał i powrócić do dobrej kondycji finansowej – argumentuje Andrew Smithers, ekonomista i szef działu badawczego firmy Smithers & Co. Jeśli S&P 500 straci 40 proc. w stosunku do zamknięcia z zeszłego tygodnia na poziomie 1.079,60 pkt. wówczas główny indeks amerykańskiego rynku kapitałowego zejdzie do 647,76, czyli poniżej marcowego minimum.

“Rynki są bardzo podatne na konsekwencje, wynikające z zakończenia polityki łatwego pieniądza” – mówi Smithers, który w 2000 roku zalecał, by nie angażować się w akcje, akurat przed wkroczeniem amerykańskiego indeksu w trwający dwa lata rynek bessy - „Banki centralne wkrótce przestaną tłoczyć pieniądze, i kiedy to się stanie, wszystko poleci w dół”.

Centralne banki, poczynając od Federalnej Rezerwy po Bank Anglii, podjęły w zeszłym roku bezprecedensowe kroki w celu zalania rynków kredytowych gotówką, aby wydobyć globalny system finansowy z najgorszego kryzysu od lat 30 minionego stulecia. 

Od początku kryzysu Fed wydał na zakupy aktywów 2,1 bln dolarów, Bank Anglii w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy zużytkował na cel 175 mld dolarów. Te programy jednak wygasają.

Wsparcie cen aktywów wypchnęło S&P 500 o 60 proc. w górę w porównaniu z 12-letnim minimum zanotowanym 9 marca. “Polityka łatwego pieniądza zainicjowała kolejne rozdęcie aktywów, jak na razie możliwe do opanowania. Ale kiedy notowania pójdą za wysoko i potem zaczną spadać, wówczas wrócimy wprost w objęcia recesji” – uważa Andrew Smithers.