Alior Bank wystartował rok temu, w środku kryzysu. Nie miał pan wątpliwości co do powodzenia tego przedsięwzięcia?

CEZARY SMORSZCZEWSKI*

Była niepewność, co nie powinno nikogo dziwić, ale wątpliwości nie mieliśmy. Zastanawialiśmy się tylko, czy kryzys przyspieszy nasz rozwój, czy zmusi do zastosowania wolniejszego modelu rozwoju. Trzymaliśmy się uzgodnionej z inwestorem strategii: zadbaliśmy o bazę depozytową, a potem ruszyliśmy aktywniej z kredytami. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, okazało się to słuszne, po niemal roku mamy 3,5 mld zł depozytów przy 4,5 mld zł aktywów. Na koniec 2009 r. mieliśmy mieć 225 tysięcy klientów, już dziś mamy 263 tysięcy. Liczba placówek też jest zgodna z planem, jest ich 135, na koniec roku będzie 155. Nie mam wątpliwości, że kryzys przyspieszył nasz rozwój i ułatwił zaistnienie na rynku. Rozpoznawalność wspomagana naszej marki kształtuje się na poziomie 70 proc., a spontaniczna na 15 proc., co jest wynikiem rzadko spotykanym na świecie. Trzyletni cel osiągnęliśmy w 10 miesięcy

Kryzys ułatwił wam start poprzez obniżenie kosztów?

Faktycznie ograniczył koszty, szczególnie wynajmu, bo ceny niektórych lokalizacji spadły nawet o kilkadziesiąt procent.

Ale przed kryzysem było drogo, zarówno na rynku wynajmu, jak i na rynku pracy. Ściągaliście kadrę z innych banków, oferując sowite wynagrodzenia. Czy to obciążenie w kryzysie nie przeszkadza?

Każdy podmiot zaczynający od zera musi zapłacić więcej, by uatrakcyjnić swój projekt. Ale to się opłacało – mamy kadrę lepszą i lepiej zmotywowaną niż przeciętna na rynku, lokalizacje także lepsze, z najnowocześniejszym wyposażeniem, między innymi jako pierwszy bank na świecie wprowadziliśmy ekrany klienta. To wszystko doceniają nasi klienci, którzy masowo przechodzą do naszego banku, średnio mamy ponad 1200 dziennie nowych klientów. Dodatkowo już dziś, po 10 miesiącach, zdecydowana większość oddziałów pokryła koszty operacyjne, tymczasem nasz plan zakładał, że stanie się to po 14–16 miesiącach. Chcemy, aby po 2–2,5 latach oddziały osiągnęły punkt rentowności i jak to określamy w bankowości, „były na czarno”. A po trzech, czterech latach, by osiągały już konkretne, zakładane wyniki brutto. Widząc, że inne banki zaniechały planów ekspansji poprzez rozbudowę sieci, uznaliśmy, że pojawia się przestrzeń dla nas, chcemy mieć 200 placówek na koniec 2010 roku. Otworzyliśmy też pierwsze agencje, a w ciągu dwóch lat chcemy ich liczbę zwiększyć do 400. Projekt kredytów samochodowych rusza w przyszłym tygodniu, rozpoczęliśmy oferowanie kredytów hipotecznych.