Aby kraj mógł zostać przyjęty do eurolandu, musi spełnić nominalne kryteria konwergencji dotyczące odpowiednich poziomów inflacji, długoterminowych stóp procentowych, poziomu deficytu sektora finansów publicznych i długu publicznego w relacji do PKB. Gdy już zostanie podana data przyjęcia euro, inwestorzy dochodzą do wniosku, że zarówno polityka pieniężna (oddziałująca głównie na inflację i stopy procentowe), jak i fiskalna będą ukierunkowane na spełnienie tych kryteriów. To z kolei oznacza, że w przypadku krajów takich jak Polska stopy procentowe będą zbliżać się do poziomu stóp w strefie euro, na czym próbowali i będą próbować zarabiać inwestorzy kupujący polskie obligacje.

Na czym dokładnie polega gra na konwergencję? 

Na zrównywaniu stóp procentowych w kraju aspirującym do wejścia do eurolandu z poziomem oprocentowania w unii monetarnej. Inwestorzy, znając przybliżony czas przyjęcia euro, kupują polskie obligacje, które będą zapadać w czasie, kiedy Polska będzie przed samym wejściem lub już w strefie euro i stopy procentowe będą niższe. Wraz ze spadkiem stóp procentowych odsetki od nowo emitowanych obligacji długoterminowych będą coraz mniejsze, a kupione dziś np. obligacje 10-letnie będą coraz więcej warte. Takie prognozy zaś skutkują zwiększonym napływem środków na rynek obligacji.

Oczywiście, można wyobrazić sobie sytuację, w której nie występuje gra na konwergencję – takie zjawisko będzie dotyczyć państw, w których stopy procentowe są już niskie, a gospodarka rozwinięta.

– Taka sytuacja mogłaby dotyczyć np. Szwecji czy Wielkiej Brytanii, gdzie różnica między stopami procentowymi tych krajów a strefą euro jest niewielka – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.

– Największym wyzwaniem jest trafienie w moment, kiedy rynki uwierzą w plan konwergencji. Takim momentem może być np. wejście do ERM2 lub okres bezpośrednio go poprzedzający – mówi Jakub Borowski. 

Powołuje się on na przykład Słowacji, w przypadku której najsilniejszy spadek rentowności obligacji słowackich oraz zawężenie różnicy między zyskownością papierów naszych południowych sąsiadów i niemieckich obligacji (traktowanych jako benchmarkowe) miało miejsce tuż przed wejściem Słowacji do mechanizmu ERM2.
Oprócz zysku z różnicy oprocentowania niebagatelną sprawą są też możliwe zyski z aprecjacji waluty.

– Wysoce prawdopodobny jest scenariusz, w którym złoty po wejściu do ERM2 nie będzie się osłabiał, więc odchodzi ryzyko kursowe, typowe dla inwestycji w papiery nominowane w walucie krajowej. Dodatkowo złoty może się umacniać, na co wskazują doświadczenia krajów, które były w ERM2 – mówi Jakub Borowski.
W Polsce przynajmniej już dwa razy gra na konwergencję była prowadzona. Za pierwszym razem, kiedy była połączona z oczekiwaniami z 2002 roku szybkiego wejścia Polski do strefy euro oraz wspólnym oświadczeniem rządu i NBP w sprawie uzgodnienia polskiej ścieżki do strefy euro. Rynek w te zapewnienia uwierzył, bo zgoda między Ministerstwem Finansów a NBP nie jest częstym zjawiskiem. Tym bardziej że wtedy zawarli ją Leszek Balcerowicz i Grzegorz Kołodko. Z grą na konwergencję mieliśmy też do czynienia po deklaracji premiera Donalda Tuska o wejściu do strefy euro w 2011 roku. Kilka dni później światowy kryzys finansowy wybuchł z całą mocą, rozwiewając nadzieje na przyjęcie euro w deklarowanym terminie, ale te kilka dni wystarczyło, by obniżyć rentowność papierów dziesięcioletnich o 30 punktów bazowych i zahamować trend na osłabienie złotego.

Kiedy w Polsce może dojść do kolejnej odsłony gry na konwergencję?

Wszystko zależy od sytuacji fiskalnej. Inflacja, zdaniem ekonomistów, jest łatwiejszym wyzwaniem – prawdziwe to sprowadzenie deficytu sektora finansów publicznych do 3 proc. z 6–7 proc. PKB prognozowanych na przyszły rok w relatywnie krótkim czasie. Dziś trudno ocenić skalę problemów, z jakimi będzie musiał się zmierzyć rząd przy obniżaniu deficytu, jednak ekonomiści sądzą, że najwcześniej o wejściu do ERM2 można będzie mówić w 2011 roku. W tym okresie należałoby też się spodziewać kolejnej gry na konwergencję w polskim wydaniu.