Inwestor, który oczekuje konkretnej odpowiedzi na pytanie „ile zarobię na debiucie PGE?”, na starcie popełnia dwa błędy. Po pierwsze: z góry przyjmuje założenie, że inny scenariusz niż zysk nie wchodzi w grę. Po drugie wierzy, że ktoś posiada wiedzę tajemną i potrafi precyzyjnie oszacować stopę zwrotu. Oczywiście, że olbrzymie zainteresowanie ofertą ze strony instytucji finansowych oraz inwestorów indywidualnych przemawia za udanym debiutem, ale trzeba pamiętać, że o ostatecznej krótkoterminowej stopie zwrotu decydują również czynniki zupełnie nie związane z samą spółką. Warto więc przygotować sobie plan gry także na mniej optymistyczny scenariusz.

W przypadku inwestorów posiłkujących się maksymalnym dostępnym kredytem na zakup akcji wzrost ceny na debiucie nawet o kilkanaście procent może nie wystarczyć do pokrycia całkowitych kosztów udziału w ofercie publicznej. Wyceny spółki pochodzące z różnych biur maklerskich znacząco różnią się między sobą, co wynika z przyjmowania przez analityków mniej lub bardziej prawdopodobnych wariantów, jeśli chodzi o przyszłe zyski czy koszty planowanych przez PGE inwestycji. Analitycy biorący udział w ankiecie Gazety Giełdy Parkiet spodziewają się, że na otwarciu pierwszej sesji papiery PGE będą warte o 12,6 proc. więcej od ceny emisyjnej, czyli 25,9 zł. Największy optymista oczekuje ceny otwarcia na poziomie 29,5 zł, co oznaczałoby zysk w wysokości 28,2 proc., natomiast największy pesymista prognozuje, że kurs otwarcia będzie taki sam jak cena emisyjna papierów PGE, czyli 23 zł.

Nie ile, a kiedy

Nie bez znaczenia jest okres, w którym Skarb Państwa przeprowadza prywatyzację poprzez giełdę. Nastroje na innych światowych rynkach od marca 2009 roku były wręcz wyśmienite – rynki wschodzące odzyskały zaufanie inwestorów, wyceny giełdowych spółek w ciągu krótkiego czasu wzrosły przeciętnie o kilkadziesiąt procent – dokładnie odwrotnie niż w poprzednim półroczu, kiedy na wartości traciły niemal wszystkie akcje bez względu na sytuację finansową czy przynależność do atrakcyjnego sektora gospodarki. Rzut oka na historyczne dane wskazuje, że duże prywatyzacyjne IPO na pierwszej sesji niemal zawsze dawały dwucyfrową stopę zwrotu. Szacunki specjalistów sugerują, że podobnie może być w przypadku Polskiej Grupy Energetycznej.

Pytanie tylko, jaka część z 59,8 tys. inwestorów indywidualnych, którzy kupili papiery PGE, zamierza natychmiast pozbyć się akcji oraz jaka część z pozostałych 250 tys. posiadających aktywne rachunki maklerskie, zamierza w tym samym czasie dołączyć do grona akcjonariuszy Polskiej Grupy Energetycznej? Aż jedna czwarta spośród drobnych inwestorów uczestniczących w zapisach na akcje PGE to inwestorzy rozpoczynający przygodę z giełdą, zatem przynajmniej w przypadku tej grupy horyzont czasowy inwestycji powinien być długi – od kilkunastu miesięcy do kilku lat. Przyjrzyjmy się zatem, jak różnych okresach radziły sobie akcje podobnych spółek, tzn. wprowadzanych na GPW przez Skarb Państwa.

Spośród następujących siedmiu spółek: PKN Orlen, KGHM, PKO BP, PGNiG, Bank Pekao SA, Lotos i Telekomunikacja Polska, rok po debiucie lepiej od indeksu WIG radziły sobie trzy ostatnie: czyli Pekao, Lotos i TP. Dwa lata po wejściu na giełdę więcej niż WIG na wartości zyskały akcje także trzech spółek. Na walorach TP, debiutujących na GPW w 1998 roku, można było zarobić 47 proc., podczas gdy indeks WIG urósł w tym samym czasie o 35 proc. W przypadku Pekao, którego pierwsza emisja publiczna miała miejsce kilka miesięcy wcześniej, stopa zwrotu po dwóch latach wyniosła 25 proc., co było znacznie lepszym wynikiem niż ten wypracowany przez szeroki rynek – WIG stracił na wartości 5 proc.

Pierwsza lekcja inwestowania

Wprawdzie dane przedstawione w powyższej tabeli są zbyt ograniczone, by na ich podstawie wyciągać daleko idące wnioski, ale można zaryzykować tezę, że szeroki rynek radził sobie lepiej niż akcje dużych prywatyzowanych spółek. W większości przypadków, akcje kupowane po w dniu ich wprowadzenia na rynek, dawały albo niższe stopy zwrotu niż rynek, albo różnice były na tyle skromne, że bezpieczniejszym rozwiązaniem było posiadanie zdywersyfikowanego portfela. Inwestorom zaczynającym naukę inwestowania warto przypomnieć, że obecne warunki rynkowe są dalekie od normalnych i próba przełożenia historycznych zachowań kursów na prognozy, to teraz nie tylko wróżenie z fusów, ale wróżenie z fusów na odległość i z zamkniętymi oczami.

Niemniej zawsze dobrze jest wiedzieć, w którą stronę spoglądają eksperci obecni na rynku od wielu lat. Co ciekawe, żadne biuro maklerskie biorące udział w ankiecie Parkietu, nie prognozuje straty na akcjach PGE ani w bardzo krótkim okresie (debiut), ani w krótkim (do końca 2009 r.), ani średnim (rok od debiutu). Konsensus analityków sugeruje, że na początku listopada 2010 akcje Polskiej Grupy Energetycznej powinny być warte ponad 28 zł, czyli o ok. 23 proc. więcej niż wynosiła cena emisyjna (23 zł) i nawet największy pesymista oczekuje, że po roku papiery będą wyceniane o 1 zł wyżej. Dla realizacji takiego założenia konieczne będzie przede wszystkim utrzymanie się pozytywnych nastrojów na światowych rynkach i właśnie ten czynnik jest największym zagrożeniem. Zainteresowanie dużych inwestorów walorami PGE nie powinno raczej budzić wątpliwości, zwłaszcza gdy spółka wejdzie w skład indeksu WIG20, co automatycznie zmusi zagraniczne fundusze do dołożenia jej do portfela.

Wszystkim inwestorom uczestniczącym w emisji akcji PGE życzymy powodzenia, a tym wraz ze spółką debiutującym na GPW przypominamy, że gdy większość oczekuje tego samego scenariusza, wbrew pozorom zazwyczaj nie dochodzi on do skutku.