W komunikacie Banku Rezerw Indii (RBI), który w tym tygodniu poinformował, że zamienia papiery na kwotę 6,7 mld dol. na 200 ton złota ze skarbca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o dywersyfikacji zresztą nie wspominano. Całą operację określono jako „zarządzanie aktywami” – co ma oznaczać, że właściwie nic się wielkiego nie stało. Rzeczywiście, w zestawieniu z wartością rezerw walutowych Indii (286 mld dol., co zapewnia czwarte miejsce w Azji) jest to operacja skromna. Udział złota w tych rezerwach rośnie wskutek niej z 3,6 do nieco ponad 6 proc. To posunięcie zarówno oportunistyczne, jak i strategiczne.

Po latach wyzbywania się kruszców banki centralne zaczynają je znów przetrzymywać. Firma doradcza ds. metali szlachetnych, GFMS, przewiduje, że w tym roku sprzedaż netto kruszców przez banki centralne wyniesie zaledwie 50 ton, najmniej od 1988 roku. Jedynym dużym sprzedawcą będzie MFW, który we wrześniu ogłosił plan wyzbycia się 403 ton kruszcu. Zamiana obligacji na złoto o czymś jednak świadczy. Od czasu występujących na początku lat 90. XX wieku kłopotów w bilansie płatniczym RBI stale wyzbywał się złota. Odwrócenie tej tendencji oznacza ponowne uznanie zalet żółtego metalu jako waluty rezerwowej.

Utracie wartości dolara – którego kurs wobec sześciu głównych walut obniżył się od marca o 15 proc. – towarzyszy bowiem 15-procentowy wzrost cen złota w tym samym czasie. Być może gubernator RBI, Duyvuri Subbarao, zadał sobie proste pytanie: czy podaż złota będzie rosła równie szybko, jak podaż aktywów dolarowych? Odpowiedź brzmi: prawie na pewno nie. Pojawienie się nowego, zasobnego nabywcy zadziwiło rynek złota, wywołując wzrost jego bieżących cen do poziomu bliskiego rekordowi z ubiegłego miesiąca. Ale w decyzji banku centralnego większe znaczenie miała pewnie niechęć do dolara niż upodobanie do złota.